Napisane przez: Renata Kwinta | Marzec 30, 2018

Roślinni czyściciele, cz. 2. Dwugłos krakusek

Nikt nie zaprzeczy, że zieleń w miastach powinna być. Dominuje jednak podejście „drzew nie za dużo, bo ciemno” i „trawa skoszona na 5 cm”. Podkreślane przez lekarzy zagrożenie układu oddechowego i układu krążenia wskutek zanieczyszczenia miejskiego powietrza trochę zmienia tę optykę. Kraków jest w czołówce generatorów smogu, ale dzięki presji mieszkańców, którzy skupili się w apolityczne grupy protestu, i dzięki podejściu miejskiego ogrodnika Piotra Kempfa w temacie miejskiej roślinności coś drgnęło. Rodzi się jednak pytanie: czy wszystko robione jest z głową, czy czasem miejskie głowy tkwią w chmurze (smogu)?

RBK: Drzewa w Krakowie to temat bardzo gorący. Na osiedlach zdarza się szał wycinania „bo ciemno”. Potem w upalne dni pojawia się refleksja, że z tym drzewem chłodniej było, gdy słońce z trudem  przedzierało się przez gęstą koronę, a teraz wali po oczach i trzeba montować rolety. Za późno; drzewo nie odrośnie na zawołanie. Szkoda także ze względu na oczyszczanie powietrza: 1 ha obsadzony drzewami  pochłania około 8 kg CO2 w ciągu godziny. Setka drzew usuwa rocznie około 450 kg zanieczyszczeń, w tym około 140 kg pyłów,  których boimy się najbardziej.

Krzewy – tu już chyba nie ma kontrowersji. Prócz walorów estetycznych wyłapują pył, który osadza się na powierzchni ich liści i pędów, zwłaszcza gdy są pokryte włoskami. W ubiegłym roku Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie zorganizował nasadzenia około 2 tysięcy pyłochwytnych krzewów  w pasie zieleni pośrodku jezdni na Alejach Trzech Wieszczów – jednym z najbardziej smogorodnych traktów samochodowych Grodu Kraka. Posadzono tam m.in. cisy pośrednie ‚Hicksii’, perukowce podolskie, kaliny koralowe ‚Roseum’, hortensje ‚Pink diamond’, berberysy Thunberga, ognik szkarłatny ‚Orange glow’, śnieguliczkę Chenaulta ‚Hancock’, lilak Meyera ‚Palibin’,  forsycję pośrednią ‚Minigold ‚Flojor’ i różę ‚Roland Garros’.

KW: A kuku! Puk-puk? Rośliny w miastach  –  jakie? Zawsze zielone? Czy zimozielone? Czy ich liście „przezimują” zimę, wiosnę, lato? Albo raczej czy przeżyją w ogóle ten stan w mieście…? Stworzenie referencyjnej listy roślin naturalnie detoksykujących roślin powietrze, szczególnie naszego miasta o płucach niezłego palacza, byłoby dobrym pomysłem. Całoroczne ulistnienie roślin zawsze zielonych mogłoby być niezłą platformą pyłochłonną, a i pełnić funkcję dekoracyjną. Jestem ogromnie ciekawa, czy zaproponowana przez Zarząd Zieleni Miejskiej (ZZM) grupa roślin będzie na tyle dobra, aby te gatunki zniosły sytuację „Trzech Wieszczów”. Korki w tym mieście – a każdy krakus wie o czym pisze – paradoksalnie czasem się przydają. Człowiek tak stoi na przykład przez 3  godziny na Alei Słowackiego… i wzywa Juliusza z nieba i pod nosem śpiewa! A gdy stwierdzi, że już nie ma wyjścia, to czasem rozglądnie się i patrzy co nam miasto daje. Zobaczyłam! Mam szczere obawy co do kwitnącej hortensji przy słynnym domu towarowym Jubilat w pełnym słońcu. Kibicuję jej mocno, jak i innym roślinkom, i czasem powiem do nich dobre słowo, zamiast do kierowcy naprzeciwko.

 

 

betonowa

Można to zrobić beznadziejnie. Nikt nie pomyślał, czy to dobre stanowisko dla tych roślin. Mądry Krakus po szkodzie.  A wystarczyło znaleźć specjalistę, który doradzi. Fot. Karolina Wietnik.

 

Zaplanowane przy Alejach rośliny zostały w mojej ocenie posadzone zgodnie ze sztuką ogrodową tj. są na przykład odpowiednie odległości między nimi, przypisane dla każdego gatunku, zabezpieczenia przed solankami, mata szkółkarska etc. Jednak czy to rośliny dobre do miasta? Czy pełne słońce będzie im sprzyjało? Jakie znamy rośliny fitoremediatory, które mogłyby spełniać funkcję nie tylko estetyczną, ale i naturalnego odtruwacza? Co myślicie o ozdobnych roślinach kapustnych w mieście? Nie śmiejcie się, czytałam kiedyś artykuł o amerykańskim mieście, w którym zlikwidowano fabrykę lamp rtęciowych i postanowiono posadzić w wielu miejscach gorczycę. Tak! To właśnie jeden z gatunków kapustnych o najlepszych właściwościach do wchłaniania metali ciężkich. Właśnie, dlaczego nie kapustne…?

RBK: Zgadzam się! Sama badałam przydatność takich roślin do oczyszczania gleb z metali. Zainteresowani? http://www.chem.pg.gda.pl/agrobiokap/ A w Wiedniu widziałam – w samym centrum tego dostojnego miasta – i wybujałą kukurydzę, i gorczycę, i rzepak. Tylko żeby mieszkańcy nie mniej dostojnego Grodu Kraka nie rzucili się na taki darmowy ogródek. Bigos byłby nieco przyciężki…

KW: Moja głowa jest pełna pomysłów jeśli chodzi o zieleń miejską. Zbyt dużo smutnych ludzi, aby i byle jaka zieleń nas pogrążała. Jedno jest pewne, jestem pewna moich dalszych obserwacji naszych „Wieszczów”, tak jak tego, że będę nadal stała w korkach.

 

 

ognik_pieciornik_rokitnik_ligustr

Te rośliny zostały dobrane dobrze (Rondo Multikino i Aquapark). W tej uroczej kępce mamy i ognika, i rokitnika, pięciornik i ligustr, a pomiędzy nimi rośnie to i owo. Rośliny zacieniają się wzajemnie i chronią przed utratą wilgoci. Są zresztą z natury odporne na trudne warunki (o rokitniku już pisaliśmy). Fot. Karolina Wietnik.

 

RBK: No to teraz TRAWA. W miastach dominuje podejście „przycinać jak najczęściej, bo tylko tak jest estetycznie”. I przez jakiś czas musimy podziwiać wątpliwe piękno niby to przyciętej, ale bardziej naderwanej trawy, zwłaszcza podsychającej w gorącu i suszy, coraz częściej nękających Europę wskutek zmian klimatu. I znów szkoda, że nie pozwala się trawie rosnąć, bo 1 ha trawnika absorbuje do 5 ton pyłu rocznie, równocześnie wytwarzając 200-300 kg tlenu.

Pomysł krakowskiego ZZM na łąki kwietne, których nie trzeba będzie kosić 4 razy w roku, a ucieszą oko, okazał się strzałem w dziesiątkę. Skala tego projektu jest w naszym mieście największa; mam nadzieję, że inne to podchwycą. Należy tylko dobrać gatunki, które wytwarzają stosunkowo dużą jak na rośliny zielne biomasę, albo pokryte są włoskami zwiększającymi osadzanie się stałych składników smogu.

Na jednej krakowskiej łące kwitnie od 50 do 80 gatunków roślin. Utworzenie takiego małego barwnego raju jest możliwe w każdym miejscu, gdzie nie dominują duże drzewa, czyli wszędzie, gdzie panuje odpowiednio duże nasłonecznienie. Ale w upalne dni łąka musi sama dać sobie radę, bo przecież nikt nie będzie jej dodatkowo nawadniał. Dlatego gatunki dobiera się także w taki sposób, aby wytrzymały upał, suszę, spaliny, pył oraz specyficzne warunki glebowe miast. Warto wiedzieć, że gleby miejskie nie są tworami naturalnymi i mają np. wysokie pH, a także mało składników odżywczych. Rośliny nie powinny też stwarzać zagrożenia dla rodzimej fauny jako gatunki inwazyjne. A takie obawy mieli już krakowscy botanicy i łąkarze. Mają to dokładnie zbadać w tym roku.

 

 

laka3

Jedna z kwietnych łąk utworzonych w 2017 roku w Krakowie. Ma być ich coraz więcej w naszym mieście. Mamy nadzieję, że  i w wielu innych. Uważajmy tylko, aby nie wysiewać roślin inwazyjnych. Fot. Małgorzata Borek.

 

W szarzyźnie codzienności widok zmieniającego się barwnego okwiatu różnych gatunków chyba każdemu poprawił samopoczucie, choćby i na chwilę. Na zimę łąki pozostały nieskoszone. Dopiero teraz rusza usuwanie resztek, a niebawem nastąpi wysiew nowej mieszanki. Tak więc stałe cząstki, których tak się boimy myśląc o naszych płucach i naczyniach wieńcowych, przez całą zimę osadzały się na zaschniętych pędach.

KW: A gdy kolejny biurowiec wyrosły jak grzybek po deszczu zdobi pas tulipanów, aż miło będzie popatrzeć. Zarówno jadącemu w samochodzie jak i pracującym w tych biurach pracownikom korporacji. Szczególnie można to było zaobserwować jadąc od ronda Grunwaldzkiego w kierunku Ronda Matecznego po prawej stronie obok Centrum ICE. Prawo budowlane powinno być zdecydowanie zaostrzone pod względem obowiązku nasadzeń wokół, nad lub przed budynkami korporacyjnymi, które w ostatnich latach powstają w zatrważającym tempie.

RBK: Wracając do łąk, w Krakowie w 2017 roku założono je w 20 miejscach, a w 2018 roku ma być ich jeszcze 10. Mam nadzieję, ze pomysł podchwycą spółdzielnie mieszkaniowe i posiadacze przydomowych ogródków, bo zmaltretowanie uporczywym koszeniem trawniki uprawiane „na zapałkę” nie są ładne, zwiększają temperaturę w mieście (tak! okrywa roślinna ją zmniejsza), o równoczesnym znacznym ograniczaniu bioróżnorodności nie wspominając. A przecież trawa, która wyda nasiona, owady rozmnażające się  w bujnej zieleni – to jest to, czego potrzebują ptaki. Jak ładnie wyglądają miejskie gołębie osmykujące źdźbła z nasion! Jeszcze więcej zyskują i owady, i ptaki, i ludzie, gdy dobierze się skład gatunkowy łąk tak, aby różne rośliny mogły kwitnąć od wiosny aż do późnej jesieni. Kto ma domek jednorodzinny, może sam taką łąkę stworzyć; zestawy nasion profilowane pod kątem właściwości gleby i innych cech siedliska są w sprzedaży.

Niebawem w Krakowie pojawią się też pierwsze zielone przystanki! Będziemy śledzić co tam rośnie i jak się sprawdza. Wy też możecie – oto lokalizacje: Teatr Ludowy, Centrum Kongresowe ICE, Rondo Grzegórzeckie, AGH/UR.

W następnym odcinku napiszemy o roślinach w mieszkaniach. Rośliny miejskie mają głównie zatrzymywać cząstki stałe, a te rosnące w doniczkach na parapetach – pochłaniać szkodliwe związki gazowe. Jakie gazy, jakie gatunki, jak wiele jest nieścisłości w medialnych doniesieniach o roślinach – o tym za kilka tygodni.

Tymczasem życzymy udanych świąt w wiosennej atmosferze, z lekkim wietrzykiem, który wywieje pyły znad naszych skołatanych głów!

Renata Bączek-Kwinta, Karolina Wietnik

Reklamy
Napisane przez: Renata Kwinta | Luty 28, 2018

Roślinni czyściciele – cz. 1.

Zmiany klimatyczne zaburzyły przebieg pór roku. Coraz częściej połowa lutego i co najmniej początek marca to w Polsce pełnia zimy. Śnieg, kilkunastostopniowy mróz. Elektrociepłownie pracują więc pełną parą, na potęgę pali się w domowych piecach. Spalany jest zanieczyszczony węgiel złej jakości, bo ten lepszy dużo kosztuje. Ludzie przesiadają się z rowerów do aut. W wielu polskich miastach to problem ogromny.  Zapomniano o wawelskim smoku – to obecnie smog; Zakopane śmierdzi, wrocławskie powietrze jeszcze bardziej zatrute. W pomieszczeniach też bywa różnie: zatłoczone pokoje biurowe i sale lekcyjne wypełnione są wydychanym ditlenkiem węgla, formaldehydem z mebli, aromatami odwaniaczy, a także – pomimo zakazów – dymem papierosowym. Czy dzięki odpowiednio dobranym roślinom możemy zapewnić sobie czystsze powietrze i na zewnątrz, i w pomieszczeniach?

 

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że zieleń mieście jest potrzebna o każdej porze roku. Z jednej strony, koi oczy i umysł (pozwólcie, że na razie nie będę tego analizować naukowo). Z drugiej – oddziela od siebie sąsiadujące budynki, co w czasach, gdy buduje się gęsto i jeden mieszkaniec drugiemu w okna zagląda, jest nie do przecenienia. Z trzeciej, każdy miłośnik bioróżnorodności doceni przynajmniej kilka gatunków ptaków śpiewających czy barwnych motyli, których prawie już nie ma w miastach. Aspekt czwarty – estetyka. Ładniej jest na bogatym w zieleń osiedlu niż na betonowo-szklano-metalowej pustyni z kostką brukową i żwirowanym podjazdem. Piąty – to temperatura i wilgoć. Miasta to wyspy ciepła; temperatura w aglomeracjach jest nawet o kilka stopni wyższa niż w obszarach podmiejskich i na wsiach. A wiadomo, że zachodzące obecnie zmiany klimatu oznaczają wzrost temperatury. Zimy są nieprzewidywalne; bywa, że prawdziwie polskiej zimy nie ma wcale, ale za rok może paść śnieżny i mrozowy rekord. O różnych porach roku wieją silne wiatry. Tak więc zimą drzewa osłonią przed śnieżycą, osłabią wiatr dmący w okna; latem dadzą cień, którego wtedy tak szukamy, a transpirujące liście – wilgoci. Ostatni, ale obecnie najbardziej akcentowany w mediach element to mniejsze zanieczyszczenie powietrza dzięki odpowiednio dobranym gatunkom roślin.

Nie łudźmy się przy tym – rośliny nie zlikwidują smogu. Smog złożony z cząstek stałych zwanych PM i gazowego rakotwórczego benzo(a)pirenu wyeliminujemy dopiero wtedy, gdy przestaniemy palić byle jakim węglem i plastikowymi śmieciami. I dotyczy to nie tylko pieców i kominków, ale i elektrociepłowni, które są przystosowane do przetwarzania zakamienionego węgla, a głównie taki pochodzi teraz z polskich kopalni. Szkoda, że tak dużo krzyczy się o „sprawach narodowych”, które tak naprawdę dla narodu są nieważne, a nawet szkodliwe, a żaden pseudopatriotycznie nastawiony krzykacz nie myśli o rodakach wpychając fatalnej jakości węgiel i butelki PET do swojego pieca.

Ale to blog o roślinach, do poczytania dla każdego. Czy możemy zatem dzięki roślinom poprawić choćby trochę stan powietrza? Odpowiedź nie jest łatwa, musimy przemyśleć wiele kwestii, tak samo jak wówczas, gdy mówimy o sprawach narodu. Pozwólcie, że zacznę od projektantów osiedli i ciągów komunikacyjnych – przemyślcie kwestię jakie rośliny i gdzie nasadzać, by było ich jak najwięcej, ale nie wymagały nadmiaru zabiegów pielęgnacyjnych. Szkoły wyższe co roku wypuszczają absolwentów architektury krajobrazu, a katalogi szkółkarskie pękają w szwach od propozycji. Trzeba po pierwsze uwzględnić zasoby wody w glebie, opady w ciągu roku i odczyn (pH). Innej gleby wymagają bowiem różaneczniki, innej mahonia. Naturalnie można to regulować odpowiednim ściółkowaniem i nawozami, ale jeśli ktoś tego zaniedba, nie uzyskamy ładnych i zdrowych roślin. O wiele groźniejszy będzie brak wody albo okresowe podtapianie, np. po gwałtownych opadach lub gdy lustro wody podziemnej jest wysokie. Różne gleby mają też różną zdolność do jej magazynowania – piaszczyste przepuszczają, gliniaste wręcz przeciwnie, natomiast zawierają mało tlenu, co skutkuje nawet obumieraniem korzeni.

Pewnie dla wielu moich czytelników to są truizmy, ale wiem też, że nie jest to wiedza obowiązkowa dla każdego, więc kto już się znużył, SKIP THIS PART, a pozostałych zapraszam do dalszych rozważań.

a

798px-Garden_with_Rhododendrons

Różanecznikii (Rhododendron sp.) w ogrodzie przydomowym w Lynwood w USA. To małe, niezanieczyszczone miasteczko pod Seattle. A ja właśnie badam, jak różne odmiany rokitnika radzą sobie w Krakowie. Autor zdjęcia: TriviaKing, en.wikipedia.

a

Pomyślmy o wietrze i słońcu. Wiatr jest niezbędny, by rośliny silniej wypuszczały wodę z liści wskutek transpiracji, bo to napędza jej ciągłe pobieranie z podłoża. Jeżeli chcemy osuszać tę glebę, będzie to dla nas też ważne. Ale silny wiatr wysusza liście, bo ich aparaty szparkowe, z natury położone na powierzchni, pomiędzy komórkami skórki, nie nadążają z pobieraniem wody z warstw komórek głębiej położonych w liściu. A i te mogą mieć problem z odpowiednim dopływem wody z wiązek przewodzących rośliny. Słońce z kolei oznacza możliwość prowadzenia fotosyntezy, która zapewnia roślinie produkcję cukrów wykorzystywanych do wzrostu i rozwoju. My z kolei cenimy sobie wytworzony w tym procesie tlen, nawet nie myśląc o konsekwencjach globalnych, a przecież dzięki fotosyntezie roślin i fotosyntetyzujących morskich sinic możliwe jest życie wszystkich organizmów oddychających tlenem. Jednak nadmiar światła słonecznego może oznaczać śmierć roślin, gdy brakuje wody albo jest za zimno, by rośliny mogły ją pobrać. Niemożność wyciągnięcia wody przez korzenie może też wystąpić, gdy zgarnięto pod nie zasolony śnieg, bo jest wtedy zbyt silnie związana siłami osmotycznymi, i tylko rośliny tolerujące zasolenie, jak rokitnik, mogą sobie z tym poradzić. Może ktoś pamięta, pisaliśmy kiedyś o suszy fizjologicznej. Wracając do światła, sadząc rośliny musimy uwzględnić, czy będą one przez cały czas w słońcu, czy wręcz przeciwnie. Jeżeli ulokujemy je przy budynku, który daje cień przez większość dnia, nie możemy tam wysadzić światłolubnych roślin, ale paprocie czy bluszcz jak najbardziej.

A zatem: projektujemy z głową, dobieramy gatunki tak, by nasze nasadzone rośliny nie usychały – a jak widzieliście, przyczyny „zwykłego” usychania są różne, nie spalało ich słońce, nie umarły w cieniu i miały odpowiednią glebę.

W następnym wpisie zajmiemy się nowoczesnymi koncepcjami miejskiej zieleni w grodzie smogu, przepraszam, SMOKA. I będziemy kontynuować rozważania o roślinach oczyszczających powietrze.

Renata Bączek-Kwinta

Napisane przez: Renata Kwinta | Styczeń 8, 2018

Hybrydowe jabłka na świerku, czyli fake news ze wschodu

Żyjemy w czasach cokolwiek ciekawych – i to nie tylko ze względu na zawieruchy polityczne w kraju czy na kontynencie, ale także ze względu na różne mistyfikacje mieszające ludziom w głowach. Co mam na myśli? Masę spreparowanych filmów, zdjęć czy artykułów, które szerzą ciemnotę. Fake news. Pytanie, do kogo są adresowane takie filmiki i inne rzeczy dostępne w Internecie? I kto w nie wierzy?

Grupa odbiorców jest dość szczególna – niewykształceni ludzie, często z brakami z podstawowej wiedzy o przyrodzie, a z fizyki – na etapie wczesnej edukacji szkolnej. Takie osoby chętnie podejmują temat np. darmowej energii elektrycznej czy wody pobranej latem i zamrożonej, która ma lepsze właściwości niż ta sama woda z tego samego kranu, ale zaczerpnięta zimą (bez zamrażania!). Podają linki do filmów na You Tube jako dowód na produkcję prądu praktycznie z niczego, dodając z żalem, że tak można, ale korporacje i koncerny zmuszają nas do jego kupowania. Dyskusja z takimi osobami i tak nie ma sensu: można się dowiedzieć, że twierdzisz tak, bo tak ci wmówiły koncerny, albo tak ci wmówiono w szkole, aby mieć nad tobą kontrolę i by się bogacić twoim kosztem. W skrajnych przypadkach można się spotkać i z twierdzeniem, że zabrano nam nawet jakieś zmysły, tylko po to, żeby nas ograniczyć i zmusić do wyzysku bądź posłuszeństwa.

Jeden z filmików na YT przykuł nasza uwagę, pewnie z okazji niedawno obchodzonych świąt i świątecznych dekoracji. Wśród nich prym wiedzie choinka – czyli najczęściej świerk – udekorowana bombkami, które w dzisiejszych czasach zastępują jabłka. Film ten dostępny jest pod adresem: http://www.youtube.com/watch?v=yBfCmSXm1HE

Najpierw widzimy, że tajemniczy alchemik kroi jabłko i wyciąga z niego nasiona:

1

 

Następnie przechodzimy w warunki plenerowe – wiercenie dziury w świerku i włożenie nasionka do otworu:

2

 

Dowiadujemy się też, że mamy maj. Następnie przechodzimy do lipca – ze świerka wystaje gałązka jabłoni:

3

 

Ale to nie koniec, bo już miesiąc później widzimy dwa dojrzewające jabłuszka! A potem konsumpcję jabłek, które autor określa sam jako hybrydowe. Jak twierdzi, mają smak orzeszków piniowych, i – co najważniejsze – są bogate zarówno w prozdrowotne substancje, te dla jabłka typowe, jak i te charakterystyczne dla świerka (wszak to hybryda!)

4

 

Oczywiście, jak zawsze, są ludzie, którzy bezkrytycznie w to uwierzą. Kto? Niezbyt wykształcony człowiek jeśli chodzi o podstawy biologii na poziomie szkolnym, ale i niezbyt obeznany z naturą, czyli oderwany od niej mieszkaniec większego miasta. Myślę, że ci, którzy mają chociażby własny ogród i drzewa owocowe są też na tyle obeznani w temacie, że także wątpią w prawdziwość tego doświadczenia.

 

Kiełkowanie

Nasiona kiełkują wszędzie, gdzie mają ku temu warunki. Brzoza na przykład jest w stanie wykiełkować w szczelinie, ścianie czy rynnie, w której się uzbierało trochę starych liści, które zapewniają wilgotność. Jest możliwe wykiełkowanie nasiona drzewa w szczelinie innego drzewa, pod warunkiem, że jest tam odpowiednio wilgotno, więc takie przypadki możemy spotkać w lasach czy parkach, a nawet w przydomowych ogrodach. Rozwój takiego drzewka w szczelinie innego drzewa bywa ograniczony, bo dla drzewka nie ma odpowiedniej ilości składników pokarmowych, jak i miejsca, by rozwinąć system korzeniowy. W takich warunkach bowiem drzewo nie wrasta w drzewo, na którym wykiełkowało, i nie korzysta z jego soków. Jedynie pasożytnicza jemioła czy gązewnik wrastają w drzewo, na którym rosną, i zasysają soki z gałęzi gospodarza, ale one są do tego przystosowane! Tak więc mamy już pierwszą wątpliwość.

 

Od korzenia do kwitnienia

Teraz następna: gdy nasiono kiełkuje, pierwszą rzeczą jest wypuszczenie korzonka, który zakotwiczy roślinę w podłożu. Rośliny nasienne żyją od kilku tygodni do tysięcy lat, więc ich rozwój przebiega w różnoraki sposób. Jeśli jest to roślina żyjąca tylko przez kilka tygodni, zakwita tuż po wykiełkowaniu i wydaje nasiona, a potem ginie. Jeżeli jest dwuletnia, zakwita w drugim roku swego życia, a jeśli może żyć setki czy tysiące lat – osiąga zdolność do rozrodu nawet po ponad 100 latach! Innymi słowy – nie ma szans, by ta jabłoń zakwitła w tym samym roku, w którym wykiełkowała. Ponadto jabłonie kwitną w kwietniu, a rozwój owoców zajmuje 3 do 5 miesięcy w zależności od odmiany. Nie ma zatem możliwości, by ta siewka zakwitła w lipcu i wydała owoc już w sierpniu.

 

Drewniany Pinokio i jego nos

Kolejna niezgodna z prawdą rzecz w tym filmiku jest taka, że ta siewka, mimo rzekomych 2 miesięcy – jest zdrewniała na całej długości. Rośliny najpierw tworzą miękkie części, które następnie drewnieją, bo najpierw trzeba stworzyć rusztowanie, a potem je wzmocnić. Do tego musimy dodać, że rośliny cechują się tzw. geotropizmem: korzeń kieruje się w dół, a pęd ku górze. Tak więc, gdyby nasiono wykiełkowało w pniu świerka, to pęd młodej rośliny skierowałby się ku górze, by jego liście mogły jak najlepiej korzystać ze światła. Przecież drzewa, które rosną np. na pionowej ścianie skalnej , także nie rosną w bok, tylko wyginają się w górę.

 

Szczepienie, drewnienie, niedopasowanie

Jeżeli ktoś pomyślał o szczepieniu, to dobrze. Idźmy tym tropem. Szczepienie jest metodą rozmnażania roślin szlachetnych, których nie można/nie warto rozmnażać w sposób płciowy lub przez ukorzenianie sadzonek. Przez szczepienie rozmnaża się między innymi drzewa owocowe. Do szczepienia potrzebujemy dwóch roślin: tej, którą chcemy rozmnożyć i takiej, która użyczy swojego systemu korzeniowego. Z rośliny matecznej pobieramy tzw. zraz – fragment, z którego wyrośnie nowa roślina, zwykle zraz to kawałek gałązki, ale są też inne sposoby szczepienia, gdzie używa się także innych fragmentów rośliny. Z kolei roślinę, która użyczy swojego systemu korzeniowego zwiemy podkładką. I tak dla jabłoni szlachetnych odmian podkładką może być jabłoń dzika, ale sprawna w pobieraniu wody i soli mineralnych i ich transporcie w górę. Podkładkę odpowiednio nacinamy, i w ranę wkładamy zraz, a następnie zabezpieczamy taśmą lub maścią przed wyschnięciem i rozwojem chorób.

Gdy zraz się przyjmie – zrośnie się z podkładką i sam zaczyna rosnąć i rozwija się szlachetna roślina, z kolei podkładka ma systematycznie usuwane wszelakie odrosty dzikie. Nie dopuszczając do ich powstania powodujemy, że rozwija się tylko ta szlachetna dla nas część. Przyjrzyjmy się drzewom owocowym – nawet na starych bardzo często widać miejsce szczepienia: jako zgrubienie pnia, bliznę, różnice w strukturze czy kolorze kory poniżej i powyżej tego miejsca. Podkładka ma pewien wpływ na rozwój rośliny szlachetnej: może ją skarlać, przyśpieszać jej pierwsze kwitnienie po szczepieniu, wpływać na porę i obfitość kwitnienia, a także na intensywność wybarwienia kwiatów. Jednak nawet zaszczepienie jabłoni na świerku (co w filmie nie miało miejsca; było to prymitywne wiercenie gdziekolwiek w „podkładce” i wpychanie tamże nibyzraza) nie spowoduje, że zraz pochodzący nawet z bardzo starej rośliny zaowocuje w tym samym roku. Jabłoń zakwita pierwszy raz 5-6 lat po szczepieniu, a na niektórych podkładkach po 3-4. Dodatkowo prawie nie ma szans, by drzewo iglaste zrosło się z liściastym w wyniku szczepienia, bo różnice w budowie tkanek są pomiędzy nimi zbyt duże.

A co z gruszkami na wierzbie? Tutaj sprawa teoretycznie jest mniej skomplikowana, bo oba gatunki są liściaste. Źródła powiedzenia upatruje się prawdopodobnie w gruszy wierzbolistnej, która ma liście przypominające wierzbę. W mojej rodzinnej okolicy najstarsi górale wspominają jabłka zwane wiyrbówkami, bo, jak twierdzą, była kiedyś w mojej okolicy jabłoń zaszczepiona na wierzbie (po góralsku: na wiyrbie). Co ciekawe, w sieci można znaleźć kolejną sensację, że w pewnej wsi wyrosły gruszki na wierzbie, a drzewo to jest efektem eksperymentów przedwojennego ogrodnika… Nic z tych rzeczy! Drzewo to jest tylko okazem gruszy wierzbolistnej, a łasi na newsy dziennikarze sprzyjają szerzeniu nieprawdy.

To tyle, a naszym czytelnikom jak i wszystkim internautom życzymy więcej krytycyzmu wobec materiałów znajdowanych w Internecie. Jedna z koleżanek tak zareagowała na ten filmik: „Ruska bajka na Prima Aprilis”. I to wystarczy. A my życzymy szczęśliwego Nowego Roku, z wiedzą, bez pseudonaukowych  bajek i bajerów.

 

Tekst powstał we współpracy z redakcją portalu Biomist.pl. Podziękowania dla Redaktora 🙂

Renata Bączek-Kwinta

Napisane przez: Renata Kwinta | Październik 25, 2016

Niebieska begonia gra w dżungli w zielone

Dziś chcę się podzielić z Wami nowiutką informacją, która być może wywróci do góry nogami Waszą wiedzę o fotosyntezie. Nie uciekajcie! Będzie też o prądzie, pieniądzach i pawiach. Polityki za to nie będzie.

Otóż jednym z kanonów nauczania o mechanizmach fotosyntezy jest mniej więcej takie  stwierdzenie: „Promieniowanie fotosyntetycznie czynne obejmuje dwa pasma światła, niebieskofioletowe i czerwone”. W ślad za tym idą szczegółowe informacje o maksimach absorpcji światła przez chlorofil a, b i inne barwniki fotosyntetyczne (bo dany  chlorofil absorbuje światło niebieskie i czerwone o innym odcieniu niż inny barwnik z tej grupy pigmentów), itd.

Dla badaczy fotosyntezy i różnych jej aspektów sprawa już nie jest tak prosta, ale zwykle nie zawracamy tym głowy światu i fascynujemy się wzajemnie naszymi wynikami na specjalistycznych konferencjach naukowych. Są bowiem rośliny o nietypowych liściach; zielono-białych czy wielobarwnych. Znaleziono też… niebieskie, wręcz kobaltowe. Nie w polskich lasach –  w malezyjskiej dżungli, gdzie tuż nad ziemią jest znacznie ciemniej niż w naszym łęgu czy borze, bo tam roślinność jest bardzo bujna i znacznie gęstsza. Taki niebieskolistny cud flory nazywa się Begonia pavonina.

Analizując opalizujące niebiesko mieszańce tej rośliny brytyjski zespół biologów roślin i… elektroników odkrył szczególną budowę chloroplastów w skórce ich liści. Chcąc zrozumieć jej znaczenie musimy przypomnieć sobie, w jaki sposób w liściach (i innych organach prowadzących fotosyntezę) upakowane są cząsteczki chlorofilu. Otóż chlorofil bynajmniej nie pływa bezładnie w liściu, bo to byłoby całkowitym marnotrawstwem tego barwnika. Jego cząsteczki wbudowane są w błony mikropęcherzyków zwanych tylakoidami, a tylakoidy położone jeden na drugim tworzą stosy (grana). Dzięki takiej specyficznej architekturze chloroplastu pochłanianie energii świetlnej jest stosunkowo efektywne i umożliwia jej skumulowanie. To zaś pozwala na wprowadzenie w ruch elektronów walencyjnych cząsteczek chlorofilu i innych substancji mu towarzyszących, co w konsekwencji prowadzi do wytworzenia związków chemicznych umożliwiających przerobienie gazowego ditlenku węgla na cukry, z których roślin wytwarza swoją biomasę i potrzebną do jej zbudowania energię. Ale to znamy z każdego podręcznika biologii,  więc co dziwnego stwierdzono w niebieskich liściach? To, że skupiska tylakoidów w ich skórce są  ułożone w szczególnie regularny sposób, co powoduje, że zyskują cechy tzw. kryształów fotonowych (fotonicznych), których przykładem jest diament, a zastosowaniem – światłowód.

W takich kryształach fotony o niektórych długościach fali mogą się rozchodzić. Inne są odbijane, i tak w przypadku B. pavonina dzieje się ze światłem niebieskim, którego w ciemnościach dżungli jest zresztą mało (notabene, to odbijanie niebieskiego powoduje, że  liście malezyjskiej begonii mają niebieską barwę, tak samo jak zielone liście odbijają zieleń). Pochłaniane jest światło czerwone, czyli czyli to, które też jest aktywne fotosyntetycznie, ale również… zielone, uważane zwykle za zbędne dla fotosyntezy, bo chlorofil go nie pochłania. Jednak w otoczeniu zielonych sąsiadów zielonego światła jest pod dostatkiem, dlaczego zatem go nie wykorzystać? Musimy bowiem pamiętać, że zielone kwanty można „przerobić” na czerwone, oczywiście w sensie  energetycznym, bo zieleń ma krótszą falę, czyli większą energię, a czerwień odwrotnie. Wystarczy zatem specyficzny układ optyczny tkanek i komórek, który „nasza” begonia posiada, aby pochłoniętą energię zieleni częściowo odbić, rozproszyć czy przepuścić, i skorzystać z odpowiednio pomniejszonej („strawnej”) dawki energii.

Begonia pavonina prawdopodobnie nie jest jedynym przykładem wykorzystania światła zielonego w fotosyntezie. Mój zespół badał liście pokrzywki brazylijskiej zwanej też koleusem Blumego, który występuje w wielu odmianach o wielobarwnych liściach. Stwierdziliśmy, że w bordowych fragmentach liści znajduje się więcej chlorofilu niż w zielonych. Nadmiar chlorofilu mógłby oznaczać nadmiar pochłoniętej energii, więc takie obszary zawierają też więcej barwników karotenoidowych, chroniących chloroplasty przed promieniowaniem krótkofalowym, podobnie jak nas chronią kosmetyki z filtrem UV. Bordowe obszary liści są natomiast wyposażone w dużą ilość antocyjanów, które pochłaniają zieleń.

Niebieskolistna begonia jest też być może tylko jednym z gatunków tworzących kryształy fotoniczne, o czym piszą sami autorzy, cytując prace  o niebiesko opalizujących mszakach i widłaku Selaginella erythropus. Taka cecha pozwala bowiem na intensyfikację tzw. wydajności kwantowej fotosyntezy o 5-10%. Gdyby taką poprawę uzyskano w ogniwach fotowoltaicznych generujących prąd np. w naszych domach, byłoby to bardzo korzystne energetycznie i finansowo. Kto wie, może opisane tu wspólne prace biologów i elektroników nad niebieską begonią dadzą impuls badaniom przemysłowym? Z braku begonii mogą być pawie pióra i ich koncentryczne nieforemne kręgi, z ciemnoniebieskim w środku – to też kryształy fotonowe. I tylko jeden z przykładów, jak wiele fizyki jest w biologii, i jak różne organizmy wykorzystują prawa fizyczne do różnych celów. Nieświadomie, ale skutecznie.

Jacobs M., Lopez-Garcia M., Phratep O-P.,  Lawson T., Oulton R., Whitney H.M. 2016. Photonic multilayer structure of Begonia chloroplasts enhances photosynthetic efficiency. Nature Plants 2, Article number: 16162 (2016), doi:10.1038/nplants.2016.162

Renata Bączek-Kwinta

Napisane przez: Renata Kwinta | Sierpień 25, 2016

Ćma kontra bukszpan, a sprawa (nie tylko) polska

Przecinając Planty w okolicach ulicy Dunajewskiego, przeraziłam się widokiem bukszpanowych klombów. Wszystkie suche; zamiast intensywnej zieleni błyszczących liści szarość ogołoconych gałązek. A przecież to bukszpan wieczniezielony Buxus sempervirens L.! Zielony latem, zielony zimą, zielony na przedwiośniu, jeden z polskich atrybutów Wielkanocy!

Chyba nie susza, pomyślałam, bo roślinność obok była bez zarzutu. No cóż, może jakieś choróbsko. Zdarza się to każdej roślinie, aczkolwiek odkąd sięgnę pamięcią, wszelkie znane mi bukszpanowe krzewy zawsze były okazami zdrowia. Zawsze musi być też jakiś pierwszy raz, więc uznałam, że najwyraźniej jest to ten pierwszy raz, kiedy trafiłam na bukszpan chorujący, a że tego dnia miałam w planach kilka pilnych spraw, postanowiłam przejść nad tym do porządku dziennego. Jednak kilka dni później na moim osiedlu pojawiła się horda zatrudnionych przez spółdzielnię mieszkaniową morderców trawy i krzewów, którzy w ramach tzw. pielęgnacji zieleni tym razem ani nie rozpruwali trawników spalinowymi kosiarkami, ani nie obdzierali mechanicznymi piłami ligustrowych żywopłotów, tylko równie hałaśliwie wycinali w pień bukszpany, i te rosnące w szpalerach, i te samotne. Skojarzyłam z tym fakt spotkania porażonych czymś bukszpanowych klombów. Powiało grozą, ruszyłam więc na oględziny kolejnych krzaków pod okoliczny luksusowy apartamentowiec i do pobliskiego parku, gdzie spółdzielniane macki, a raczej podkaszarki nie sięgały, bo dręczenie zieleni obsługuje tam ktoś inny, kto ma zapewne inny grafik prac, aby mógł hałasować niezależnie od innych.

To, co zobaczyłam, nie wyglądało dobrze. Pod apartamentowcem klomb niziutkich zadbanych bukszpanów, ale te od strony budynku ewidentnie porażone. Bliższe oględziny wykazały tzw. gołożer – coś objadło pędy z twardych przecież, skórzastych i specyficznie pachnących liści. I, jak mi się wydawało, niejadalnych! Coś pożarło nawet młode gałązki…

bukszpan_klomb

W parku rośliny rosnące wewnątrz bukszpanowego okręgu wyglądały na objedzone w taki sam sposób.

bukszpan_klomb2.jpg

kupy

W każdym miejscu pod krzewami żarłoczne coś zostawiło ślady w postaci sporej masy kulkowatych odchodów.

„Cosia” nie spotkałam, ale znalazłam go w necie, m.in. na stronie Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa i w relacji mojego dawnego profesora entomologii, pana Kazimierza Wiecha (moje uszanowanie, Panie Profesorze!). Sporej wielkości ćma Cydalima perspectalis. Nie ma jeszcze polskiej nazwy. Zawleczona około 10 lat temu ze wschodniej Azji, pojawiła się najpierw w Niemczech, potem w innych krajach Europy, i trudno się dziwić, że dotarła także do nas. Nie daje się łatwo zauważyć, na bukszpanie siada tylko po to, aby złożyć jaja, a składa je na spodniej stronie liści, więc trzeba by dokładnie przeglądać każdy krzaczek. Destrukcji dokonują żarłoczne gąsienice, które w ciągu kilku tygodni rosną w zastraszającym tempie, bo z początkowej długości 1-2 mm mogą osiągnąć 4 cm. Gąsienice przepoczwarczają się, poczwarka przekształca się w gotowego do rozrodu motyla, a więc pojawiają się nowe jajeczka i nowe gąsienice… i tak w kółko nawet do czterech razy w roku.

Swoją drogą, ciekawa jestem cen bukszpanu przed kolejną Wielkanocą. I czy w ogóle będzie jakikolwiek bukszpan? A co się stanie z pięknymi bukszpanowymi klombami w Parku Jordana i na wzgórzu wawelskim? Już teraz boję się tam chodzić.

Trzeba zrobić porządek z tym intruzem, powiecie. I będziecie mieli rację, tyle, że wyspecjalizowanej „chemii” na azjatycką ćmę jeszcze nie opracowano. A byle czego lepiej nie stosować, bo może nie pomóc, natomiast zniszczy pożyteczne dla nas owady, w tym pszczoły. Gąsienice akumulują trujące alkaloidy bukszpanu, więc są zapewne niejadalne dla ptaków, chyba że te wyspecjalizują się w wyłuskiwaniu dorosłych owadów, bo imagines trujące już nie są. Na razie warto lustrować krzewy, wycinać porażone, palić. Nie porzucać, jak na załączonym obrazku, między drzewem a trotuarem, ani gdziekolwiek indziej, bo roznosi się w ten sposób szkodniki, nie mówiąc już o szpeceniu tzw. przestrzeni publicznej.

cozalachudra

W połowie stycznia walają się tak opadłe z igieł choinki, teraz – obeschłe bukszpany. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby robić takie rzeczy, chyba tylko gołożer po mózgojadzie.

 

Renata Bączek-Kwinta

Uwaga, ze względu na potencjalne zarzuty, że nie każdy doczyta do końca i może wyciągnąć niepoprawne wnioski z tego artykułu, polecam przeczytać do końca. Dodam od razu, że piszę o herbacie jako o roślinie i naparach z niej; tekst nie dotyczy wszelakich innych napojów i suszów, też określanych powszechnie jako herbata. Tak więc nie mam tutaj na myśli herbatek ziołowych czy owocowych.

Od kilku lat krążą plotki o szkodliwości herbaty z cytryną. Na forach internetowych można przeczytać masę bzdur, mitów, przekłamań i nie wiem czego jeszcze. Bo takie mamy czasy teraz, że zamiast sięgnąć po fachową wiedzę, np. do rzetelnych książek, czasopism czy ludzi znających się na rzeczy, to wolimy zasugerować się tym, co „wygooglujemy”.  A wyszukać możemy mnóstwo informacji. Albo szukamy gotowych odpowiedzi, albo zadajemy pytanie na forach. Niestety w większości, my laicy, zadajemy pytania na forach na których odpowiedzi udzielają… też laicy. I po raz kolejny „niestety”: choć internet to świetne narzędzie, to jednak nie należy przyjmować każdej informacji do siebie. Z kolei panie uwielbiają sugerować się informacjami wyczytanymi w prasie kobiecej, której przecież kioski są pełne. Informacje bowiem często pisane są przez osoby które same nie do końca rozumieją rzeczy, o których piszą. Istotnym problemem zasięgania wiedzy i porad w internecie jest też nie czytanie całości, tylko wyciąganie wniosków po nagłówku, tytule czy zdaniu wyrwanym z kontekstu, przeważnie zupełnie mija się z prawdą i zamysłem autora tekstu, którym się sugerujemy. Ot, jakaś pani z redakcji po skończonym dziennikarstwie nie jest specem od medycyny, chemii, biologii, psychologii i generalnie od wszystkiego.

 

Glin na forach

Tak jak poprzednim razem, tym razem do napisania artykuły skłoniły mnie informacje znalezione na forach. Od kilku lat wieść niesie, że herbata z cytryną jest szkodliwa. Ale jaki jest tego powód? Glin, czyli powszechnie znane aluminium. Niezależnie od odmiany, herbata zawiera glin, a on jest dla naszego organizmu szkodliwy i są dowody, że wywołuje chorobę Alzheimera. Stąd też łatwo o plotki. Najpierw trochę informacji o samej herbacie. Jest to roślina, która która rośnie na glebach bogatych w przyswajalny przez rośliny glin, czyli aluminium. Z tego też powodu herbata przez cały czas pochłania glin. W przeciwieństwie do zwierząt, rośliny nie posiadają układu wydalniczego, więc wszelkie substancje mineralne pochłonięte z gleby gromadzą się w nich i ich z czasem przybywa. Tak więc młode liście herbaty zawierają glinu znacznie mniej niż starsze. Skłonność do przyswajania glinu zależy też od odmiany, jedne gromadzą go szybciej niż inne, a ponadto liście zbierane są w różnym stadium dojrzałości. Herbata zawiera sporo związków mających dobry wpływ na nasz organizm. Zawiera przeciwutleniacze, flawonoidy, czy alkaloidy. Latem pomaga np. rozszerzać naczynia krwionośne, dzięki czemu organizm łatwiej się ochładza. Ale skoro herbata zmniejsza ryzyko np. raka, dzięki zawartości antyoksydantów (przeciwutleniaczy), to skąd plotki o wręcz odwrotnym działaniu?

 

Glin w herbacie

Ja wspomniałem, herbata zawiera glin. Jednakże jest on praktycznie w całości związany przez taninę w herbacie. Jest to forma nieprzyswajalna dla organizmu. Jednakże dodatek kwasów zmienia tę postać w rozpuszczalne sole glinu, które są już przyswajalne dla  organizmu.

Ale diabeł tkwi w szczegółach. Każda herbata zawiera glin, herbata czarna zawiera średnio ok. 0,10 g ma 100 g suchych liści. Więcej glinu zawiera herbata zielona, bowiem ta potrafi zawierać do 0,40 g na 100 g suchych liści. Tyle że przeważnie jego zawartość nie przekracza 0,20 g na 100 g suchych liści zielonej herbaty. Człowiek z pożywieniem spożywa dziennie średnio 7 mg glinu, czyli przeliczając to na typową herbatę czarną oznacza to 7 g suchych liści lub 3-4 torebki herbaty ekspresowej.  Tyle że, glin ten jest związany praktycznie w całości w nierozpuszczalne w wodzie formy, a więc podczas parzenia w czystej wodzie glin praktycznie nie przechodzi do naparu i pozostaje w fusach. Badania wykazują, że podczas parzenia herbaty z użyciem wrzątku w czasie 2-3 min ekstrahuje się mniej niż 1%  a przeważnie mniej niż 0,5% zawartego w liściach glinu. Te małe ilości, które przeszły do naparu  w kontakcie z sokiem żołądkowym przechodzą w chlorek glinu, który jest już przyswajalny. Aby jednak wypełnić średnią dawkę dzienną należałoby wypić sporo herbaty, bo zależnie od jej odmiany pomiędzy 1 a 30 litrów, gdyż niektóre odmiany herbaty zawierają bardzo mało glinu w porównaniu z większością. Co jednak się stanie, jeśli użyjemy soku z cytryny? Wtedy zakwasimy środowisko i tak jak nierozpuszczalny w wodzie  glin z liści herbaty staje się rozpuszczalny, kwas cytrynowy zmienia glin nierozpuszczalny w rozpuszczalny cytrynian glinu. Działa po prostu podobnie jak sok żołądkowy, zamieniając formę słabo rozpuszczalną w wodzie w dobrze rozpuszczalną więc powoduje jego wypłukiwanie z liści.

Jednakże i tutaj musimy sobie  jedną bardzo ważną rzecz wyjaśnić. Jeśli zaparzymy herbatę i potem po wyjęciu torebki użyjemy cytryny, to nasz organizm przyjmie taką samą ilość glinu jak gdybyśmy nie użyli cytryny, bo kwas cytrynowy rozpuszcza glin zawarty w liściach i powoduje jego przechodzenie do naparu. Przypominam, że do czystej wody glin z liści herbaty prawie nie przechodzi. A co się stanie, jeśli do parzonej akurat herbaty dodamy soku z cytryny lub innego kwaśnego soku? Wtedy kwas zacznie wypłukiwać glin z liści herbaty i ilość glinu w herbacie wielokrotnie wzrośnie. I w tylko w tym przypadku herbata staje się niezdrowa. Przypominam, że kwaśnych rzeczy (np. kapuśniaku, kompotu z rabarbaru itp.) nie należy przyrządzać w aluminiowych garnkach, niegdyś tak popularnych, gdyż podobnie jak z liści herbaty, powoli rozpuszcza się sam garnek w kwasie zawartym w potrawie.

 

Woda z mózgu

Obalmy jeszcze kilka bzdur, które znalazłem na forum chętnie odwiedzanym zwłaszcza przez gospodynie domowe:

,,Herbata z cytryną jest niezdrowa tylko wtedy , gdy jest ….gorzka. Wówczas wydzielają się szkodliwe związki. Ale zaparzona , posłodzona i na końcu z cytryną nie szkodzi”

To jest tylko w drugiej połowie prawdziwe zdanie, że herbata z dodatkiem cytryny na samym końcu nie szkodzi, jednak obecność cukru praktycznie nie wpływa na to czy jest zdrowsza czy nie. Zdanie tym ciekawsze, że ostatnio cukier ma opinię w prasie kobiecej „białej śmierci”, ale posłodzona herbata nie szkodzi?

,,herbata-czarna, zielona, czerwona, biala w ogóle nie powinna byc podawana dzieciom, to zwyczaj naszych rodzicow, bo kiedys bylo niewiele rzeczy dostepnych w sklepach, herbaty (oczywiscie nie owocowe) zawieraja teinę, która jest gorsza od kofeiny z kawy, tu wiec dochodzi do paradoksu! mamy w sobie przeswiadczeni,ze dzieciom kawy sie nie daje, pija ja dorosli, a herbate-zawierajaca gorsza teinę dajemy…”

Spieszę Panią poinformować, że teina i kofeina to jedno i to samo, to tak jakby porównywać cukier z dwóch cukrowni jako zupełnie różne rzeczy. Są związki, które mają więcej niż jedną nazwę i takim przykładem jest kofeina, która z racji tego, że występuje nie tylko w kawie nazywa się także teiną. Herbata zawiera więcej kofeiny niż kawa, ale jest ona podobnie jak glin, związana silnie z taninami, przez co mniej jej się dostaje do organizmu niż po wypiciu kawy. Jest sporo związków chemicznych mających więcej niż jedną nazwę, a kofeina ma ich aż 4, bo teina, guaranina lub mateina. Nie uciekniemy przed kofeiną pijąc herbatę, guaranę czy yerba mate.

Mam nadzieję, że to co napisałem uspokoi niektóre spanikowanie matki. I oby! Nie dajmy się zwariować! Przypominam, że jedna z podstawowych zasad mówi, że tylko wielkość spożytej dawki decyduje, czy coś jest szkodliwe, czy nie.

 

I jeszcze o kwasie. Cytrynowym

Postanowiłem jeszcze jeden ważny problem poruszyć. Na niektórych stronach można znaleźć informacje, że kwas cytrynowy jest rakotwórczy. Chodzi o kwas produkowany „sztucznie”. Tutaj pragnę poinformować, że kwas cytrynowy otrzymywany jest albo z owoców, albo przez fermentację cytrynową. Kwas cytrynowy, czy to z owoców, czy to z fermentacji to nadal ten sam kwas cytrynowy tak jak woda zawsze jest wodą. Są strony, które sugerują, że kwas cytrynowy obniża sprawność mózgu. Stąd można znaleźć teorię spiskową, że kwas cytrynowy „sztuczny” jest celowo tak powszechnie stosowany w przemyśle spożywczym, żeby nas ogłupić i zaszkodzić. Autorów tych stron-kalek (tekst przetłumaczony wprost z angielskojęzycznych stron, przeważnie z USA) proszę o podanie, kto, gdzie i kiedy wykonał badania naukowe, na które się powołują. Jak kwas cytrynowy może być rakotwórczy, skoro powstaje w mięśniach podczas oddychania tlenowego? Tzw. cykl kwasu cytrynowego ze szkoły. Więc dlaczego nie wymarliśmy na raka?

Na podstawie badań: „Total Content and speciation of aluminium in tea leaves and tea infusions”,Food Chemistry, 104 (2007), 1662-1669

Autor: Damian Mickiewicz, Biomist.pl, skróty i śródtytuły: Renata Bączek-Kwinta

Od autora: Od dzieciństwa przyroda stanowiła mój obiekt zainteresowań, jednak jako że bardziej się czułem chemikiem niż biologiem, zostałem chemikiem i od czasów studiów z biologią mam już bardzo mało wspólnego, ale w wolnych chwilach nadal obserwuję przyrodę.  Jestem współtwórczą portalu przyrodniczego Biomist.  Istniejemy już 5 lat i ciągle się rozwijamy. Posiadamy także fanpage  na portalu FB (https://www.facebook.com/Biomistpl-243774982322879/),  który aktualnie ma  >4300 sympatyków. Poza artykułami pisanymi,
> posiadamy także serie filmów edukacyjnych oraz kanał na YT.Na  początku roku utworzyłem także elektroniczne czasopismo Biomist. Link do portalu: http://biomist.pl/.

 

Napisane przez: Renata Kwinta | Kwiecień 11, 2016

Sześć lat blogowania, pora zaprosić innych

Niebawem pojawią się tu sylwetki ciekawych osób – przyrodników zawodowych i niezawodowych, przedsiębiorców-pasjonatów działających w roślinnym biznesie, innych blogerów…

Jesteś kimś takim? Zapraszam!

Napisane przez: Renata Kwinta | Marzec 15, 2016

Jak trafiłam do muzeum

Szybkie tempo życia powoduje dziwne zjawiska. I tak właśnie do końca marca możecie mnie (a konkretnie mój wizerunek)  spotkać w muzeum, konkretnie: w Muzeum Inżynierii Miejskiej przy ul. św. Wawrzyńca w Krakowie. Trafiłam tam, choć ani zasług nie mam wielkich, ani nawet wieku muzealnego jeszcze (chyba, mam nadzieję…) nie osiągnęłam. Mam jednak to szczęście, że jestem jednym z wielu małych trybików nauki, i szczęście pracować w najstarszym polskim fitotronie.

budynek_MIMK_gdzie_zgromadzono_nasze_eksponatyW tym budynku MIMK zgromadzono nasze eksponaty.

Fitotron to wyspecjalizowane laboratoria, w których można symulować przebieg pogody, począwszy od (prawie) saharyjskich, skończywszy na (prawie) arktycznych. Jak? Dzięki klimatyzowanym szklarniom i komorom wzrostowym, czyli termostatowanym pokojom bez okien, gdzie poprzez regulowane oświetlenie uzyskuje się różną długość dnia, bo ten tzw. fotoperiod jest jednym z kluczowych dla rozwoju roślin czynników.

Pierwszy fitotron na świecie powstał w USA w latach 40. XX wieku, kiedy nasz kraj zmagał się z niemiecką okupacją. Dlatego warto podkreślić, że pomysłodawca budowy fitotronu w Krakowie, prof. Adam Markowski, już w latach 50. zdobywał doświadczenia w tym zakresie właśnie w USA, jako stypendysta Fundacji Rockefellera. Uzyskał również od firmy Honeywell zawrotną jak na owe czasy kwotę 50 000 $ na zakup aparatury do sterowania urządzeniami. Problemem było natomiast zdobycie różnych pozwoleń na projektowanie i budowę – w tamtych czasach procedury nie były przejrzyste ani jawne, i wiele zależało od bezpośrednich relacji z urzędnikami różnego szczebla. Do budowy tak wyspecjalizowanego obiektu należało też stworzyć zespół najlepszych fachowców. Jednak najbardziej spektakularny sukces prof. Markowski odniósł pozyskując jako głównego wykonawcę firmę budującą… kombinat w Nowej Hucie, oczko w głowie ówczesnej władzy!

Technologie i system pracy w tamtych czasach nie pozwalały na tak szybkie stawianie obiektów jak dziś, ale i tak działano szybko. Budowę rozpoczęto w 1968 roku, a pierwszy etap zakończono dwa lata później. Uruchomiono wówczas trzy z ośmiu szklarni i trzy komory wzrostowe, czyli pomieszczenia odcięte od dostępu światła, gdzie można było regulować proporcje długości dnia i nocy, tak ważne dla rozwoju roślin.

Fitotron jest ulokowany przy ul. Podłużnej 3 w Krakowie. Od początku jego istnienia  pracowali tu, i pracują nadal, naukowcy z Uniwersytetu Rolniczego i Instytutu (początkowo Zakładu) Fizjologii Roślin im. Franciszka Górskiego PAN (IFR PAN) – biolodzy, chemicy, rolnicy z doktoratami oraz zespół techników. To daje możliwości interdyscyplinarnej pracy naukowej z wykorzystaniem różnych technologii.

W ciągu kolejnych 30 lat fitotron był rozbudowywany i modernizowany. Następca prof. Markowskiego, prof. Władysław Filek, zrezygnował z centralnego systemu chłodzenia i nawilżania powietrza, co przyniosło znaczne oszczędności. Podczas kadencji obecnego kierownika katedry, prof. Marcina Rapacza, powstały laboratoria biotechnologiczne wyposażone w specjalistyczny sprzęt, a szklarnie i komory wegetacyjne zostały zmodernizowane, co w dużej części osiągnięto dzięki różnym projektom badawczym finansowanym z funduszy UE i krajowych.

Jak pracowaliśmy dawniej, a jak dziś – możecie zobaczyć sami.

historyczny_juz_zestaw_do_pomiaru_fotosyntezyTo historyczny już zestaw do pomiaru fotosyntezy. Na wystawie dowiecie się, na czym polega zasada jego działania. Nasze nowoczesne urządzenia składają się z podobnych do tych ze zdjęcia różnych elementów, ale zintegrowanych w jedną zgrabną całość. I ważą mniej, co ma ogromne znaczenie dla każdego, kto chce pracować w terenie.

 

sprzet_na_stanowisku_biotechnologaA tu trochę drobnego sprzętu laboratoryjnego. Ten już współczesny.

 

Dziękuję Panu Profesorowi Stanisławowi Grzesiakowi z IFR PAN za przekazanie mi cennych historycznych informacji o naszym fitotronie. Chciałam przy okazji podkreślić, że archiwalne i nowoczesne materiały na wystawę zebrał mój pełen energii współbloger Przemek Kopeć, finalizujący swoją pracę doktorską, za którą trzymam kciuki.

 

Renata Bączek-Kwinta

Napisane przez: Renata Kwinta | Luty 7, 2016

Potęga siekania, cz. II. Cebula, nać!

Skoro powiedzieliśmy: czosnek, powiemy: cebula – czyli czosnek cebula. Mówiłam? No, ale poza nazwą nie powiedziałam wszystkiego…

Ostatnio odnosimy się do niej niechętnie – nikt nie chce być uznany za cebulaka, a (może dlatego…?) młodzież nie zna cebulowego syropu, który jeszcze w czasach mojego dzieciństwa był klasycznym domowym sposobem na przeziębienie. Syrop jest banalny w wykonaniu, i mogę go polecić każdemu, kto nie ma przeciwwskazań do spożywania tego warzywa. Cebulę siekamy (w poprzednim wpisie wyjaśniałam, dlaczego siekanie jest ważne), zasypujemy cukrem, można jeszcze dognieść widelcem, odczekać, aż sok wypłynie, a potem pić po łyżeczce kilka razy dziennie. Że cukier? Przecież jakoś trzeba wymusić, aby sok wypłynął z rozdrobnionych liści, a poza tym, mało to cukru spożywamy na co dzień, zupełnie niepotrzebnie? Dlatego wszelkie batony i cukierki precz, a chorobę niech nam osłodzi cebulowy syrop. Kto może jeść miód, może go użyć zamiast cukru; smak i właściwości będą jeszcze lepsze. I wariant wytrawny a tłusty: podsmażyć, a następnie udusić cebulę w zdrowym tłuszczu, takim jak olej rzepakowy czy oliwa z oliwek. Ale krótko! Żadnego prażenia, brązowienia, cebula ma pozostać biała. Jest bardziej duszona niż smażona, bo po chwili smażenia przykrywamy rondel pokrywką i czekamy aby zmiękła. Doskonale smakuje z chlebem. A zupa cebulowa w stylu francuskim? A cebulowe placki z piekarnika?

O antybiotycznym działaniu siarkowych olejków eterycznych roślin z rodzaju Allium pisałam w poście o czosnku. Gotowanie czy duszenie zmniejszy ich ilość, dlatego warto zjeść trochę posiekanej świeżej cebuli. Ale to warzywo zawiera też inne prozdrowotne związki: flawonoidy, głownie kwercetynę o silnym działaniu przeciwutleniającym.

420px-Quercetin.svg

Kwercetyna: 3,5,7,3’,4’-pentahydroksyflawon. Cebula jest najbogatszym źródłem kwercetyny, sporo znajdziemy jej też w herbacie, orzechach włoskich, truskawkach i innych owocach miękkich. Wikimedia Commons, autor: Yikrazuul

Przeciwutleniacze są w modzie od jakichś 10 lat, choć nie każdy wie, czemu mają służyć. W przypadku przeziębienia wygląda to tak: organizm wytwarza więcej niż zwykle reaktywnych form tlenu, czyli głównie wolnych rodników tlenowych (cząsteczek anionorodnika ponadtlenkowego) i nadtlenku wodoru. Związki te są naturalnym produktem ubocznym metabolizmu i nasze komórki mają nad nimi kontrolę wytwarzając białka enzymatyczne i nieenzymatyczne, a także małe cząsteczki, jak trójpeptyd glutation, zawierający aminokwas siarkowy cysteinę (o cysteinie także pisałam wcześniej).

W stanach chorobowych wytwarzamy RFT zbyt szybko, aby nasz system antyoksydacyjny mógł sobie z nimi poradzić, a RFT nasilają procesy zapalne. Nagromadzenie anionorodnika i nadtlenku wodoru może też poskutkować wytworzeniem jeszcze groźniejszej od nich RFT, czyli rodnika hydroksylowego. Proces ten zachodzi przy udziale jonów metali przejściowych, takich jak żelazo czy miedź, a mamy ich w organizmie sporo. Dlatego np. przy przeziębieniach szczególnie potrzebujemy dodatkowego wsparcia antyoksydantów z pokarmu. I właśnie kwercetyna jako sojusznik z zewnątrz jest bardzo przydatna. Nie tylko neutralizuje RFT i chroni naszego naturalnego obrońcę – glutation, ale może też wiązać dwuwartościowe kationy, czyli na przykład… tak, tak – żelazo – a więc działa na różnych frontach obrony antyoksydacyjnej.

Przeciwutleniające właściwości kwercetyny interesują biochemików i lekarzy działających na rzecz rozwoju onkologii, zwłaszcza że kwercetyna (podobnie jak siarkowe związki czosnku) może indukować apoptozę komórek nowotworowych. Prowadzono badania, od testów na wyizolowanych komórkach nowotworowych, poprzez badania na zwierzętach i badania kliniczne z użyciem czystej kwercetyny. Wyniki można podsumować w ten sposób: na pewno nie możemy nazwać tego związku (z czym się już spotkałam) „panaceum na wszystko”. I to nie tylko ze względu na idiotyzm, konkretnie tautologię, samego sformułowania. Trzeba pamiętać, że kwercetyna musi zostać wchłonięta z jelita cienkiego, a wchłanianie i przemiany metaboliczne są zależne od różnych białek, w tym enzymów. Enzymy te w różnych postaciach występują u różnych osób (tzw. polimorfizm enzymatyczny), a ich działanie może być mniej lub bardziej efektywne. Dużo zależy też od mikroflory przewodu pokarmowego (która u każdego z nas jest również odmienna) i od tego, co w danym momencie zjadamy (wspomniany na początku syrop cebulowy jest gorszym źródłem kwercetyny niż cebula duszona). Poza tym kwercetyna jest wydalana, i po upływie doby od spożycia nasz organizm zdąży się jej pozbyć. A więc kwercetyna panaceum nie była, nie jest, ani nie będzie, ale warto pomyśleć o jej naturalnym źródle, cebuli – jako o łatwodostępnym i tanim czynniku przeciwbakteryjnym i wspomagającym naturalny system ochronny organizmu, zwłaszcza na przedwiośniu, gdy odporność nam spada, a wredne bakcyle atakują.

W działaniu antyoksydacyjnym pomaga też dostarczana z pożywieniem witamina C. To przeciwutleniacz rozpuszczalny w wodzie (hydrofilowy), i o innym mechanizmie działania. Warto przy okazji obalić kolejny mit o kluczowej roli witaminy C w zwalczaniu przeziębień, nie stwierdzono bowiem bezpośredniego związku pomiędzy suplementacją witaminy C a czasem wyjścia z choroby. Trzeba natomiast pamiętać, że ta witamina jest niezwykle ważna dla funkcjonowania naczyń krwionośnych i regulacji hormonalnej, i  w związku z tym musimy ją pozyskiwać z pokarmu. Nie mamy bowiem aktywnego genu GLO, który pozwala ją wytworzyć z glukozy – w toku ewolucji uległ on mutacji. Jak widać, nie przeszkodziło nam to w rozwoju, prawdopodobnie w związku z naszym wszystkożerstwem, czytaj: dużym udziałem świeżych roślin w diecie. Warto zauważyć, że nasze domowe drapieżniki, psy i koty, ciągle mają ten gen w aktywnej postaci…

Cebula zawiera witaminę C, ale niewiele, ok. 5 mg na 100 g świeżego warzywa. My potrzebujemy 40-90 mg; więcej nie wolno, bo powstaje z niej groźny dla nerek i stawów kwas szczawiowy. W czosnku znajdziemy jej kilka razy więcej niż w cebuli (ok. 30 mg/ 100 g), ale, jak już pisałam – i jak każdy chyba sobie wyobraża – zjedzenie dziesięciu deka czosnku może być groźne w skutkach, i to nie tylko ze względów towarzyskich. Lepszy będzie szczypiorek, czyli kolejny czosnek: Alllium schoenoprassum (60 mg na 100 g), choć i tego nie da się zjeść za dużo. No to siekamy nać pietruszki (ok. 170 mg wit. C/ 100 g). Siekamy i szybko zjadamy, żeby się witamina nie utleniła. Dodatkowy atut zielonej pietruszki to zapach, który częściowo zneutralizuje nasze siarkowe wyziewy.

Pietruszka Petroselinum crispum (Mill.) Fuss. to rzecz jasna przedstawiciel innej rodziny botanicznej – selerowatych (Apiaceae), a o leczniczych właściwościach jej przedstawicieli napiszę innym razem, w innej serii.

 

Renata Bączek-Kwinta

 

 

Napisane przez: Renata Kwinta | Styczeń 28, 2016

Potęga siekania, cz. I. Potęga czosnku

Jedni uwielbiają jego smak i zapach, inni nienawidzą. Zaliczasz się do tych drugich? Jesteś wampirem…? Nie wiesz? To spróbuj czosnku, zwłaszcza w połowie zimy, kiedy odporność twojego organizmu spada i łapiesz infekcje. „Cuchnąca róża”,  jak określali czosnek starożytni Grecy, może ochronić cię nie tylko przed nimi.

 

Chińska nazwa czosnku suan zapisywana jest w postaci jednego znaku, co świadczy o tym, że roślina ta była stosowana na wczesnych etapach chińskiej kultury. Kolebką uprawy czosnku (Allium sativum L. ) jest Azja Środkowo-Wschodnia i basen morza Śródziemnego, gdzie już 5000 lat p.n.e. stosowano czosnek, i cebulę, czyli właściwie… czosnek cebulę – taka jest bowiem poprawna nazwa botaniczna poczciwej cebuli (po łacinie Allium cepa). Sam rodzaj Allium obejmuje ok. 500 gatunków, z czego138 zasiedla Chiny. W Europie rozpowszechnił się poprzez wpływy greckie i rzymskie; w antycznym Rzymie uprawiano go w specjalnych ogrodach – alliatach. Historycy określają go antybiotykiem starożytności.

A słynny zapach… Wiedzę o jego składnikach pozyskaliśmy w XX wieku dzięki nowoczesnym badaniom fitochemicznym. Ząbki, czyli właściwie pąki spichrzowe, zawierają alkilosulfotlenek alliinę oraz enzym alliinazę (strasznie tu dużo el oraz i, ale skoro czosnek to Allium…). Alliina jest pochodną aminokwasu siarkowego – cysteiny. Siarka to ważny składnik i samej cysteiny, i tworzonych z niej substancji, ponieważ bierze udział w procesach unieszkodliwiania różnych związków toksycznych. Pod wpływem allinazy przechodzi w allicynę, której woń stanowi podstawę charakterystycznego zapachu czosnku.

 

Allicin_Biosynthesis

Tak przebiega przekształcenie alliiny w alliinazę. PLP – fosforan pirydoksalu, czyli witamina B6, koenzym alliinazy (i wielu innych enzymów).  Autor: Dap17, https://commons.wikimedia.org/.

 

Roślina stworzyła ten chemiczny system dla obrony przed roślinożercami i mikrobami – gdy nastąpi uszkodzenie komórek, alliinaza rusza do boju. Powstały fitoncyd, allicyna, hamuje rozwój drobnoustrojów: bakterii (w tym gronkowca złocistego czy pałeczki okrężnicy) i grzybów chorobotwórczych. Jako nieustraszeni roślinożercy możemy ją zatem wykorzystać, jako pogromcę mikrobów, dla siebie. Nie zmniejszy naszej naturalnej odporności (co często czynią antybiotyki) i – o ile nie przesadzimy z czosnkiem! – nie zniszczy prawidłowej mikroflory bakteryjnej jelit. To ostatnie jest także bardzo ważne, bo wybicie kolonizujących przewód pokarmowy probiotycznych bakterii z rodzaju m.in. Lactobacillus skutkuje pojawieniem się grzybów z rodzaju Candida, a grzybica to częsty problem po antybiotykoterapii. Nie łudźmy się jednak, że przy zapaleniu oskrzeli i innych poważniejszych zimowych chorobach wystarczy nam czosnek zamiast antybiotyku. Natomiast może zadziałać przy łagodnym przeziębieniu oraz profilaktycznie.

Allicyna jest nietrwała; powstają z niej inne związki, też bardzo ważne. Jednym z nich jest ajoen (C9H14OS3, izomer E) o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwwirusowym. Jeszcze ważniejsze mogą okazać się siarczek diallilu (C6H10S; DAS) i disiarczek diallilu (C6H10S2) i DADS, zwany też garlicyną). DAS i DADS wykazują działanie przeciwnowotworowe, a DADS (wraz z allicyną) obniża także ciśnienie krwi. Są dobrze rozpuszczalne w olejach. Daje się zresztą zauważyć, że czosnek jest wewnątrz nieco tłusty – to właśnie różne związki składające się na olejek czosnkowy.

Substancje czynne czosnku mogą działać przeciwnowotworowo na dwa sposoby, przy czym jest to raczej działanie profilaktyczne, które warto zastosować, ale po ujawnieniu się choroby środki muszą być inne (i czosnek lepiej odstawić). Pierwszy to aktywacja enzymów neutralizujących substancje rakotwórcze (kancerogeny), czyli zapobieganie mutacjom prowadzącym do powstawania guzów nowotworowych. Jednym z takich enzymów jest S-transferaza glutationowa, która podobnie jak cysteina i jej metabolity wykorzystuje siarkę do wychwytywania szkodliwych substancji. Drugi polega na aktywacji programowanej śmierci (apoptozie) komórek nowotworowych. To nie jest łatwe, bo takie zmutowane komórki mają mechanizmy zapobiegające apoptozie. Może jednak do niej doprowadzić aktywacja przez diallile białka zwanego TNF (czynnik martwiczy nowotworów), albo nagromadzenie w komórkach nowotworowych rodników tlenowych i nadtlenku wodoru, czyli tzw. reaktywnych form tlenu. Dochodzi wówczas do stresu oksydacyjnego zapoczątkowującego destrukcję nowotworu.

Pochodne diallilu znajdziemy w świeżo zmiażdżonym lub posiekanym czosnku, ale nie w sprzedawanych w aptekach suplementach diety. Tam, jeśli są to kapsułki z olejkiem czosnkowym, występuje przede wszystkim alliina. Czosnek sproszkowany jest pod względem fitochemicznym mało wartościowy, ponieważ większość związków czynnych ulatnia się po rozdrobnieniu ząbków.

W społeczeństwach, gdzie spożycie czosnku jest duże, notuje się mniej zachorować na raka żołądka, prostaty i piersi niż w społeczeństwach Europy czy Stanów Zjednoczonych. Choć i w jednym tylko kraju europejskim, we Włoszech, stwierdzono, że mieszkańcy północy częściej chorują na raka żołądka, niż na południu tego kraju, gdzie czosnek w kuchni jest bardzo popularny. Warto o tym pamiętać, bo choć nie jest to jedyny czynnik żywieniowy oddziałujący prozdrowotnie, to na pewno jeden z kilkunastu najważniejszych. A zalecana przy przeziębieniach dawka lecznicza świeżego czosnku wynosi 4-5 g dziennie, czyli dwa średniej wielkości ząbki. Nie przesadźmy tylko z ilością!

Czosnek jest niewskazany dla osób z chorobą wrzodową żołądka, zapaleniem nerek i wątroby, dla małych dzieci i kobiet w ciąży, a także dla tych, którzy stosują leki przeciwzakrzepowe. Także osoby nieprzyzwyczajone do czosnku mogą się nabawić poważnych bólów żołądka i wręcz zatrucia, bo ucierpi na tym wątroba (hepatotoksyczność jest wywołana akroleiną powstającą z przekształcenia DAS). I, rzecz jasna, metabolizowane przez nas siarkowe związki zmieniają zapach całego ciała, czym możemy skutecznie odstraszyć każdego, niekoniecznie wampira.

Renata Bączek-Kwinta

 

Older Posts »

Kategorie