Napisane przez: Renata Kwinta | Sierpień 25, 2016

Ćma kontra bukszpan, a sprawa (nie tylko) polska

Przecinając Planty w okolicach ulicy Dunajewskiego, przeraziłam się widokiem bukszpanowych klombów. Wszystkie suche; zamiast intensywnej zieleni błyszczących liści szarość ogołoconych gałązek. A przecież to bukszpan wieczniezielony Buxus sempervirens L.! Zielony latem, zielony zimą, zielony na przedwiośniu, jeden z polskich atrybutów Wielkanocy!

Chyba nie susza, pomyślałam, bo roślinność obok była bez zarzutu. No cóż, może jakieś choróbsko. Zdarza się to każdej roślinie, aczkolwiek odkąd sięgnę pamięcią, wszelkie znane mi bukszpanowe krzewy zawsze były okazami zdrowia. Zawsze musi być też jakiś pierwszy raz, więc uznałam, że najwyraźniej jest to ten pierwszy raz, kiedy trafiłam na bukszpan chorujący, a że tego dnia miałam w planach kilka pilnych spraw, postanowiłam przejść nad tym do porządku dziennego. Jednak kilka dni później na moim osiedlu pojawiła się horda zatrudnionych przez spółdzielnię mieszkaniową morderców trawy i krzewów, którzy w ramach tzw. pielęgnacji zieleni tym razem ani nie rozpruwali trawników spalinowymi kosiarkami, ani nie obdzierali mechanicznymi piłami ligustrowych żywopłotów, tylko równie hałaśliwie wycinali w pień bukszpany, i te rosnące w szpalerach, i te samotne. Skojarzyłam z tym fakt spotkania porażonych czymś bukszpanowych klombów. Powiało grozą, ruszyłam więc na oględziny kolejnych krzaków pod okoliczny luksusowy apartamentowiec i do pobliskiego parku, gdzie spółdzielniane macki, a raczej podkaszarki nie sięgały, bo dręczenie zieleni obsługuje tam ktoś inny, kto ma zapewne inny grafik prac, aby mógł hałasować niezależnie od innych.

To, co zobaczyłam, nie wyglądało dobrze. Pod apartamentowcem klomb niziutkich zadbanych bukszpanów, ale te od strony budynku ewidentnie porażone. Bliższe oględziny wykazały tzw. gołożer – coś objadło pędy z twardych przecież, skórzastych i specyficznie pachnących liści. I, jak mi się wydawało, niejadalnych! Coś pożarło nawet młode gałązki…

bukszpan_klomb

W parku rośliny rosnące wewnątrz bukszpanowego okręgu wyglądały na objedzone w taki sam sposób.

bukszpan_klomb2.jpg

kupy

W każdym miejscu pod krzewami żarłoczne coś zostawiło ślady w postaci sporej masy kulkowatych odchodów.

„Cosia” nie spotkałam, ale znalazłam go w necie, m.in. na stronie Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa i w relacji mojego dawnego profesora entomologii, pana Kazimierza Wiecha (moje uszanowanie, Panie Profesorze!). Sporej wielkości ćma Cydalima perspectalis. Nie ma jeszcze polskiej nazwy. Zawleczona około 10 lat temu ze wschodniej Azji, pojawiła się najpierw w Niemczech, potem w innych krajach Europy, i trudno się dziwić, że dotarła także do nas. Nie daje się łatwo zauważyć, na bukszpanie siada tylko po to, aby złożyć jaja, a składa je na spodniej stronie liści, więc trzeba by dokładnie przeglądać każdy krzaczek. Destrukcji dokonują żarłoczne gąsienice, które w ciągu kilku tygodni rosną w zastraszającym tempie, bo z początkowej długości 1-2 mm mogą osiągnąć 4 cm. Gąsienice przepoczwarczają się, poczwarka przekształca się w gotowego do rozrodu motyla, a więc pojawiają się nowe jajeczka i nowe gąsienice… i tak w kółko nawet do czterech razy w roku.

Swoją drogą, ciekawa jestem cen bukszpanu przed kolejną Wielkanocą. I czy w ogóle będzie jakikolwiek bukszpan? A co się stanie z pięknymi bukszpanowymi klombami w Parku Jordana i na wzgórzu wawelskim? Już teraz boję się tam chodzić.

Trzeba zrobić porządek z tym intruzem, powiecie. I będziecie mieli rację, tyle, że wyspecjalizowanej „chemii” na azjatycką ćmę jeszcze nie opracowano. A byle czego lepiej nie stosować, bo może nie pomóc, natomiast zniszczy pożyteczne dla nas owady, w tym pszczoły. Gąsienice akumulują trujące alkaloidy bukszpanu, więc są zapewne niejadalne dla ptaków, chyba że te wyspecjalizują się w wyłuskiwaniu dorosłych owadów, bo imagines trujące już nie są. Na razie warto lustrować krzewy, wycinać porażone, palić. Nie porzucać, jak na załączonym obrazku, między drzewem a trotuarem, ani gdziekolwiek indziej, bo roznosi się w ten sposób szkodniki, nie mówiąc już o szpeceniu tzw. przestrzeni publicznej.

cozalachudra

W połowie stycznia walają się tak opadłe z igieł choinki, teraz – obeschłe bukszpany. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby robić takie rzeczy, chyba tylko gołożer po mózgojadzie.

 

Renata Bączek-Kwinta

Uwaga, ze względu na potencjalne zarzuty, że nie każdy doczyta do końca i może wyciągnąć niepoprawne wnioski z tego artykułu, polecam przeczytać do końca. Dodam od razu, że piszę o herbacie jako o roślinie i naparach z niej; tekst nie dotyczy wszelakich innych napojów i suszów, też określanych powszechnie jako herbata. Tak więc nie mam tutaj na myśli herbatek ziołowych czy owocowych.

Od kilku lat krążą plotki o szkodliwości herbaty z cytryną. Na forach internetowych można przeczytać masę bzdur, mitów, przekłamań i nie wiem czego jeszcze. Bo takie mamy czasy teraz, że zamiast sięgnąć po fachową wiedzę, np. do rzetelnych książek, czasopism czy ludzi znających się na rzeczy, to wolimy zasugerować się tym, co „wygooglujemy”.  A wyszukać możemy mnóstwo informacji. Albo szukamy gotowych odpowiedzi, albo zadajemy pytanie na forach. Niestety w większości, my laicy, zadajemy pytania na forach na których odpowiedzi udzielają… też laicy. I po raz kolejny „niestety”: choć internet to świetne narzędzie, to jednak nie należy przyjmować każdej informacji do siebie. Z kolei panie uwielbiają sugerować się informacjami wyczytanymi w prasie kobiecej, której przecież kioski są pełne. Informacje bowiem często pisane są przez osoby które same nie do końca rozumieją rzeczy, o których piszą. Istotnym problemem zasięgania wiedzy i porad w internecie jest też nie czytanie całości, tylko wyciąganie wniosków po nagłówku, tytule czy zdaniu wyrwanym z kontekstu, przeważnie zupełnie mija się z prawdą i zamysłem autora tekstu, którym się sugerujemy. Ot, jakaś pani z redakcji po skończonym dziennikarstwie nie jest specem od medycyny, chemii, biologii, psychologii i generalnie od wszystkiego.

 

Glin na forach

Tak jak poprzednim razem, tym razem do napisania artykuły skłoniły mnie informacje znalezione na forach. Od kilku lat wieść niesie, że herbata z cytryną jest szkodliwa. Ale jaki jest tego powód? Glin, czyli powszechnie znane aluminium. Niezależnie od odmiany, herbata zawiera glin, a on jest dla naszego organizmu szkodliwy i są dowody, że wywołuje chorobę Alzheimera. Stąd też łatwo o plotki. Najpierw trochę informacji o samej herbacie. Jest to roślina, która która rośnie na glebach bogatych w przyswajalny przez rośliny glin, czyli aluminium. Z tego też powodu herbata przez cały czas pochłania glin. W przeciwieństwie do zwierząt, rośliny nie posiadają układu wydalniczego, więc wszelkie substancje mineralne pochłonięte z gleby gromadzą się w nich i ich z czasem przybywa. Tak więc młode liście herbaty zawierają glinu znacznie mniej niż starsze. Skłonność do przyswajania glinu zależy też od odmiany, jedne gromadzą go szybciej niż inne, a ponadto liście zbierane są w różnym stadium dojrzałości. Herbata zawiera sporo związków mających dobry wpływ na nasz organizm. Zawiera przeciwutleniacze, flawonoidy, czy alkaloidy. Latem pomaga np. rozszerzać naczynia krwionośne, dzięki czemu organizm łatwiej się ochładza. Ale skoro herbata zmniejsza ryzyko np. raka, dzięki zawartości antyoksydantów (przeciwutleniaczy), to skąd plotki o wręcz odwrotnym działaniu?

 

Glin w herbacie

Ja wspomniałem, herbata zawiera glin. Jednakże jest on praktycznie w całości związany przez taninę w herbacie. Jest to forma nieprzyswajalna dla organizmu. Jednakże dodatek kwasów zmienia tę postać w rozpuszczalne sole glinu, które są już przyswajalne dla  organizmu.

Ale diabeł tkwi w szczegółach. Każda herbata zawiera glin, herbata czarna zawiera średnio ok. 0,10 g ma 100 g suchych liści. Więcej glinu zawiera herbata zielona, bowiem ta potrafi zawierać do 0,40 g na 100 g suchych liści. Tyle że przeważnie jego zawartość nie przekracza 0,20 g na 100 g suchych liści zielonej herbaty. Człowiek z pożywieniem spożywa dziennie średnio 7 mg glinu, czyli przeliczając to na typową herbatę czarną oznacza to 7 g suchych liści lub 3-4 torebki herbaty ekspresowej.  Tyle że, glin ten jest związany praktycznie w całości w nierozpuszczalne w wodzie formy, a więc podczas parzenia w czystej wodzie glin praktycznie nie przechodzi do naparu i pozostaje w fusach. Badania wykazują, że podczas parzenia herbaty z użyciem wrzątku w czasie 2-3 min ekstrahuje się mniej niż 1%  a przeważnie mniej niż 0,5% zawartego w liściach glinu. Te małe ilości, które przeszły do naparu  w kontakcie z sokiem żołądkowym przechodzą w chlorek glinu, który jest już przyswajalny. Aby jednak wypełnić średnią dawkę dzienną należałoby wypić sporo herbaty, bo zależnie od jej odmiany pomiędzy 1 a 30 litrów, gdyż niektóre odmiany herbaty zawierają bardzo mało glinu w porównaniu z większością. Co jednak się stanie, jeśli użyjemy soku z cytryny? Wtedy zakwasimy środowisko i tak jak nierozpuszczalny w wodzie  glin z liści herbaty staje się rozpuszczalny, kwas cytrynowy zmienia glin nierozpuszczalny w rozpuszczalny cytrynian glinu. Działa po prostu podobnie jak sok żołądkowy, zamieniając formę słabo rozpuszczalną w wodzie w dobrze rozpuszczalną więc powoduje jego wypłukiwanie z liści.

Jednakże i tutaj musimy sobie  jedną bardzo ważną rzecz wyjaśnić. Jeśli zaparzymy herbatę i potem po wyjęciu torebki użyjemy cytryny, to nasz organizm przyjmie taką samą ilość glinu jak gdybyśmy nie użyli cytryny, bo kwas cytrynowy rozpuszcza glin zawarty w liściach i powoduje jego przechodzenie do naparu. Przypominam, że do czystej wody glin z liści herbaty prawie nie przechodzi. A co się stanie, jeśli do parzonej akurat herbaty dodamy soku z cytryny lub innego kwaśnego soku? Wtedy kwas zacznie wypłukiwać glin z liści herbaty i ilość glinu w herbacie wielokrotnie wzrośnie. I w tylko w tym przypadku herbata staje się niezdrowa. Przypominam, że kwaśnych rzeczy (np. kapuśniaku, kompotu z rabarbaru itp.) nie należy przyrządzać w aluminiowych garnkach, niegdyś tak popularnych, gdyż podobnie jak z liści herbaty, powoli rozpuszcza się sam garnek w kwasie zawartym w potrawie.

 

Woda z mózgu

Obalmy jeszcze kilka bzdur, które znalazłem na forum chętnie odwiedzanym zwłaszcza przez gospodynie domowe:

,,Herbata z cytryną jest niezdrowa tylko wtedy , gdy jest ….gorzka. Wówczas wydzielają się szkodliwe związki. Ale zaparzona , posłodzona i na końcu z cytryną nie szkodzi”

To jest tylko w drugiej połowie prawdziwe zdanie, że herbata z dodatkiem cytryny na samym końcu nie szkodzi, jednak obecność cukru praktycznie nie wpływa na to czy jest zdrowsza czy nie. Zdanie tym ciekawsze, że ostatnio cukier ma opinię w prasie kobiecej „białej śmierci”, ale posłodzona herbata nie szkodzi?

,,herbata-czarna, zielona, czerwona, biala w ogóle nie powinna byc podawana dzieciom, to zwyczaj naszych rodzicow, bo kiedys bylo niewiele rzeczy dostepnych w sklepach, herbaty (oczywiscie nie owocowe) zawieraja teinę, która jest gorsza od kofeiny z kawy, tu wiec dochodzi do paradoksu! mamy w sobie przeswiadczeni,ze dzieciom kawy sie nie daje, pija ja dorosli, a herbate-zawierajaca gorsza teinę dajemy…”

Spieszę Panią poinformować, że teina i kofeina to jedno i to samo, to tak jakby porównywać cukier z dwóch cukrowni jako zupełnie różne rzeczy. Są związki, które mają więcej niż jedną nazwę i takim przykładem jest kofeina, która z racji tego, że występuje nie tylko w kawie nazywa się także teiną. Herbata zawiera więcej kofeiny niż kawa, ale jest ona podobnie jak glin, związana silnie z taninami, przez co mniej jej się dostaje do organizmu niż po wypiciu kawy. Jest sporo związków chemicznych mających więcej niż jedną nazwę, a kofeina ma ich aż 4, bo teina, guaranina lub mateina. Nie uciekniemy przed kofeiną pijąc herbatę, guaranę czy yerba mate.

Mam nadzieję, że to co napisałem uspokoi niektóre spanikowanie matki. I oby! Nie dajmy się zwariować! Przypominam, że jedna z podstawowych zasad mówi, że tylko wielkość spożytej dawki decyduje, czy coś jest szkodliwe, czy nie.

 

I jeszcze o kwasie. Cytrynowym

Postanowiłem jeszcze jeden ważny problem poruszyć. Na niektórych stronach można znaleźć informacje, że kwas cytrynowy jest rakotwórczy. Chodzi o kwas produkowany „sztucznie”. Tutaj pragnę poinformować, że kwas cytrynowy otrzymywany jest albo z owoców, albo przez fermentację cytrynową. Kwas cytrynowy, czy to z owoców, czy to z fermentacji to nadal ten sam kwas cytrynowy tak jak woda zawsze jest wodą. Są strony, które sugerują, że kwas cytrynowy obniża sprawność mózgu. Stąd można znaleźć teorię spiskową, że kwas cytrynowy „sztuczny” jest celowo tak powszechnie stosowany w przemyśle spożywczym, żeby nas ogłupić i zaszkodzić. Autorów tych stron-kalek (tekst przetłumaczony wprost z angielskojęzycznych stron, przeważnie z USA) proszę o podanie, kto, gdzie i kiedy wykonał badania naukowe, na które się powołują. Jak kwas cytrynowy może być rakotwórczy, skoro powstaje w mięśniach podczas oddychania tlenowego? Tzw. cykl kwasu cytrynowego ze szkoły. Więc dlaczego nie wymarliśmy na raka?

Na podstawie badań: „Total Content and speciation of aluminium in tea leaves and tea infusions”,Food Chemistry, 104 (2007), 1662-1669

Autor: Damian Mickiewicz, Biomist.pl, skróty i śródtytuły: Renata Bączek-Kwinta

Od autora: Od dzieciństwa przyroda stanowiła mój obiekt zainteresowań, jednak jako że bardziej się czułem chemikiem niż biologiem, zostałem chemikiem i od czasów studiów z biologią mam już bardzo mało wspólnego, ale w wolnych chwilach nadal obserwuję przyrodę.  Jestem współtwórczą portalu przyrodniczego Biomist.  Istniejemy już 5 lat i ciągle się rozwijamy. Posiadamy także fanpage  na portalu FB (https://www.facebook.com/Biomistpl-243774982322879/),  który aktualnie ma  >4300 sympatyków. Poza artykułami pisanymi,
> posiadamy także serie filmów edukacyjnych oraz kanał na YT.Na  początku roku utworzyłem także elektroniczne czasopismo Biomist. Link do portalu: http://biomist.pl/.

 

Napisane przez: Renata Kwinta | Kwiecień 11, 2016

Sześć lat blogowania, pora zaprosić innych

Niebawem pojawią się tu sylwetki ciekawych osób – przyrodników zawodowych i niezawodowych, przedsiębiorców-pasjonatów działających w roślinnym biznesie, innych blogerów…

Jesteś kimś takim? Zapraszam!

Napisane przez: Renata Kwinta | Marzec 15, 2016

Jak trafiłam do muzeum

Szybkie tempo życia powoduje dziwne zjawiska. I tak właśnie do końca marca możecie mnie (a konkretnie mój wizerunek)  spotkać w muzeum, konkretnie: w Muzeum Inżynierii Miejskiej przy ul. św. Wawrzyńca w Krakowie. Trafiłam tam, choć ani zasług nie mam wielkich, ani nawet wieku muzealnego jeszcze (chyba, mam nadzieję…) nie osiągnęłam. Mam jednak to szczęście, że jestem jednym z wielu małych trybików nauki, i szczęście pracować w najstarszym polskim fitotronie.

budynek_MIMK_gdzie_zgromadzono_nasze_eksponatyW tym budynku MIMK zgromadzono nasze eksponaty.

Fitotron to wyspecjalizowane laboratoria, w których można symulować przebieg pogody, począwszy od (prawie) saharyjskich, skończywszy na (prawie) arktycznych. Jak? Dzięki klimatyzowanym szklarniom i komorom wzrostowym, czyli termostatowanym pokojom bez okien, gdzie poprzez regulowane oświetlenie uzyskuje się różną długość dnia, bo ten tzw. fotoperiod jest jednym z kluczowych dla rozwoju roślin czynników.

Pierwszy fitotron na świecie powstał w USA w latach 40. XX wieku, kiedy nasz kraj zmagał się z niemiecką okupacją. Dlatego warto podkreślić, że pomysłodawca budowy fitotronu w Krakowie, prof. Adam Markowski, już w latach 50. zdobywał doświadczenia w tym zakresie właśnie w USA, jako stypendysta Fundacji Rockefellera. Uzyskał również od firmy Honeywell zawrotną jak na owe czasy kwotę 50 000 $ na zakup aparatury do sterowania urządzeniami. Problemem było natomiast zdobycie różnych pozwoleń na projektowanie i budowę – w tamtych czasach procedury nie były przejrzyste ani jawne, i wiele zależało od bezpośrednich relacji z urzędnikami różnego szczebla. Do budowy tak wyspecjalizowanego obiektu należało też stworzyć zespół najlepszych fachowców. Jednak najbardziej spektakularny sukces prof. Markowski odniósł pozyskując jako głównego wykonawcę firmę budującą… kombinat w Nowej Hucie, oczko w głowie ówczesnej władzy!

Technologie i system pracy w tamtych czasach nie pozwalały na tak szybkie stawianie obiektów jak dziś, ale i tak działano szybko. Budowę rozpoczęto w 1968 roku, a pierwszy etap zakończono dwa lata później. Uruchomiono wówczas trzy z ośmiu szklarni i trzy komory wzrostowe, czyli pomieszczenia odcięte od dostępu światła, gdzie można było regulować proporcje długości dnia i nocy, tak ważne dla rozwoju roślin.

Fitotron jest ulokowany przy ul. Podłużnej 3 w Krakowie. Od początku jego istnienia  pracowali tu, i pracują nadal, naukowcy z Uniwersytetu Rolniczego i Instytutu (początkowo Zakładu) Fizjologii Roślin im. Franciszka Górskiego PAN (IFR PAN) – biolodzy, chemicy, rolnicy z doktoratami oraz zespół techników. To daje możliwości interdyscyplinarnej pracy naukowej z wykorzystaniem różnych technologii.

W ciągu kolejnych 30 lat fitotron był rozbudowywany i modernizowany. Następca prof. Markowskiego, prof. Władysław Filek, zrezygnował z centralnego systemu chłodzenia i nawilżania powietrza, co przyniosło znaczne oszczędności. Podczas kadencji obecnego kierownika katedry, prof. Marcina Rapacza, powstały laboratoria biotechnologiczne wyposażone w specjalistyczny sprzęt, a szklarnie i komory wegetacyjne zostały zmodernizowane, co w dużej części osiągnięto dzięki różnym projektom badawczym finansowanym z funduszy UE i krajowych.

Jak pracowaliśmy dawniej, a jak dziś – możecie zobaczyć sami.

historyczny_juz_zestaw_do_pomiaru_fotosyntezyTo historyczny już zestaw do pomiaru fotosyntezy. Na wystawie dowiecie się, na czym polega zasada jego działania. Nasze nowoczesne urządzenia składają się z podobnych do tych ze zdjęcia różnych elementów, ale zintegrowanych w jedną zgrabną całość. I ważą mniej, co ma ogromne znaczenie dla każdego, kto chce pracować w terenie.

 

sprzet_na_stanowisku_biotechnologaA tu trochę drobnego sprzętu laboratoryjnego. Ten już współczesny.

 

Dziękuję Panu Profesorowi Stanisławowi Grzesiakowi z IFR PAN za przekazanie mi cennych historycznych informacji o naszym fitotronie. Chciałam przy okazji podkreślić, że archiwalne i nowoczesne materiały na wystawę zebrał mój pełen energii współbloger Przemek Kopeć, finalizujący swoją pracę doktorską, za którą trzymam kciuki.

 

Renata Bączek-Kwinta

Napisane przez: Renata Kwinta | Luty 7, 2016

Potęga siekania, cz. II. Cebula, nać!

Skoro powiedzieliśmy: czosnek, powiemy: cebula – czyli czosnek cebula. Mówiłam? No, ale poza nazwą nie powiedziałam wszystkiego…

Ostatnio odnosimy się do niej niechętnie – nikt nie chce być uznany za cebulaka, a (może dlatego…?) młodzież nie zna cebulowego syropu, który jeszcze w czasach mojego dzieciństwa był klasycznym domowym sposobem na przeziębienie. Syrop jest banalny w wykonaniu, i mogę go polecić każdemu, kto nie ma przeciwwskazań do spożywania tego warzywa. Cebulę siekamy (w poprzednim wpisie wyjaśniałam, dlaczego siekanie jest ważne), zasypujemy cukrem, można jeszcze dognieść widelcem, odczekać, aż sok wypłynie, a potem pić po łyżeczce kilka razy dziennie. Że cukier? Przecież jakoś trzeba wymusić, aby sok wypłynął z rozdrobnionych liści, a poza tym, mało to cukru spożywamy na co dzień, zupełnie niepotrzebnie? Dlatego wszelkie batony i cukierki precz, a chorobę niech nam osłodzi cebulowy syrop. Kto może jeść miód, może go użyć zamiast cukru; smak i właściwości będą jeszcze lepsze. I wariant wytrawny a tłusty: podsmażyć, a następnie udusić cebulę w zdrowym tłuszczu, takim jak olej rzepakowy czy oliwa z oliwek. Ale krótko! Żadnego prażenia, brązowienia, cebula ma pozostać biała. Jest bardziej duszona niż smażona, bo po chwili smażenia przykrywamy rondel pokrywką i czekamy aby zmiękła. Doskonale smakuje z chlebem. A zupa cebulowa w stylu francuskim? A cebulowe placki z piekarnika?

O antybiotycznym działaniu siarkowych olejków eterycznych roślin z rodzaju Allium pisałam w poście o czosnku. Gotowanie czy duszenie zmniejszy ich ilość, dlatego warto zjeść trochę posiekanej świeżej cebuli. Ale to warzywo zawiera też inne prozdrowotne związki: flawonoidy, głownie kwercetynę o silnym działaniu przeciwutleniającym.

420px-Quercetin.svg

Kwercetyna: 3,5,7,3’,4’-pentahydroksyflawon. Cebula jest najbogatszym źródłem kwercetyny, sporo znajdziemy jej też w herbacie, orzechach włoskich, truskawkach i innych owocach miękkich. Wikimedia Commons, autor: Yikrazuul

Przeciwutleniacze są w modzie od jakichś 10 lat, choć nie każdy wie, czemu mają służyć. W przypadku przeziębienia wygląda to tak: organizm wytwarza więcej niż zwykle reaktywnych form tlenu, czyli głównie wolnych rodników tlenowych (cząsteczek anionorodnika ponadtlenkowego) i nadtlenku wodoru. Związki te są naturalnym produktem ubocznym metabolizmu i nasze komórki mają nad nimi kontrolę wytwarzając białka enzymatyczne i nieenzymatyczne, a także małe cząsteczki, jak trójpeptyd glutation, zawierający aminokwas siarkowy cysteinę (o cysteinie także pisałam wcześniej).

W stanach chorobowych wytwarzamy RFT zbyt szybko, aby nasz system antyoksydacyjny mógł sobie z nimi poradzić, a RFT nasilają procesy zapalne. Nagromadzenie anionorodnika i nadtlenku wodoru może też poskutkować wytworzeniem jeszcze groźniejszej od nich RFT, czyli rodnika hydroksylowego. Proces ten zachodzi przy udziale jonów metali przejściowych, takich jak żelazo czy miedź, a mamy ich w organizmie sporo. Dlatego np. przy przeziębieniach szczególnie potrzebujemy dodatkowego wsparcia antyoksydantów z pokarmu. I właśnie kwercetyna jako sojusznik z zewnątrz jest bardzo przydatna. Nie tylko neutralizuje RFT i chroni naszego naturalnego obrońcę – glutation, ale może też wiązać dwuwartościowe kationy, czyli na przykład… tak, tak – żelazo – a więc działa na różnych frontach obrony antyoksydacyjnej.

Przeciwutleniające właściwości kwercetyny interesują biochemików i lekarzy działających na rzecz rozwoju onkologii, zwłaszcza że kwercetyna (podobnie jak siarkowe związki czosnku) może indukować apoptozę komórek nowotworowych. Prowadzono badania, od testów na wyizolowanych komórkach nowotworowych, poprzez badania na zwierzętach i badania kliniczne z użyciem czystej kwercetyny. Wyniki można podsumować w ten sposób: na pewno nie możemy nazwać tego związku (z czym się już spotkałam) „panaceum na wszystko”. I to nie tylko ze względu na idiotyzm, konkretnie tautologię, samego sformułowania. Trzeba pamiętać, że kwercetyna musi zostać wchłonięta z jelita cienkiego, a wchłanianie i przemiany metaboliczne są zależne od różnych białek, w tym enzymów. Enzymy te w różnych postaciach występują u różnych osób (tzw. polimorfizm enzymatyczny), a ich działanie może być mniej lub bardziej efektywne. Dużo zależy też od mikroflory przewodu pokarmowego (która u każdego z nas jest również odmienna) i od tego, co w danym momencie zjadamy (wspomniany na początku syrop cebulowy jest gorszym źródłem kwercetyny niż cebula duszona). Poza tym kwercetyna jest wydalana, i po upływie doby od spożycia nasz organizm zdąży się jej pozbyć. A więc kwercetyna panaceum nie była, nie jest, ani nie będzie, ale warto pomyśleć o jej naturalnym źródle, cebuli – jako o łatwodostępnym i tanim czynniku przeciwbakteryjnym i wspomagającym naturalny system ochronny organizmu, zwłaszcza na przedwiośniu, gdy odporność nam spada, a wredne bakcyle atakują.

W działaniu antyoksydacyjnym pomaga też dostarczana z pożywieniem witamina C. To przeciwutleniacz rozpuszczalny w wodzie (hydrofilowy), i o innym mechanizmie działania. Warto przy okazji obalić kolejny mit o kluczowej roli witaminy C w zwalczaniu przeziębień, nie stwierdzono bowiem bezpośredniego związku pomiędzy suplementacją witaminy C a czasem wyjścia z choroby. Trzeba natomiast pamiętać, że ta witamina jest niezwykle ważna dla funkcjonowania naczyń krwionośnych i regulacji hormonalnej, i  w związku z tym musimy ją pozyskiwać z pokarmu. Nie mamy bowiem aktywnego genu GLO, który pozwala ją wytworzyć z glukozy – w toku ewolucji uległ on mutacji. Jak widać, nie przeszkodziło nam to w rozwoju, prawdopodobnie w związku z naszym wszystkożerstwem, czytaj: dużym udziałem świeżych roślin w diecie. Warto zauważyć, że nasze domowe drapieżniki, psy i koty, ciągle mają ten gen w aktywnej postaci…

Cebula zawiera witaminę C, ale niewiele, ok. 5 mg na 100 g świeżego warzywa. My potrzebujemy 40-90 mg; więcej nie wolno, bo powstaje z niej groźny dla nerek i stawów kwas szczawiowy. W czosnku znajdziemy jej kilka razy więcej niż w cebuli (ok. 30 mg/ 100 g), ale, jak już pisałam – i jak każdy chyba sobie wyobraża – zjedzenie dziesięciu deka czosnku może być groźne w skutkach, i to nie tylko ze względów towarzyskich. Lepszy będzie szczypiorek, czyli kolejny czosnek: Alllium schoenoprassum (60 mg na 100 g), choć i tego nie da się zjeść za dużo. No to siekamy nać pietruszki (ok. 170 mg wit. C/ 100 g). Siekamy i szybko zjadamy, żeby się witamina nie utleniła. Dodatkowy atut zielonej pietruszki to zapach, który częściowo zneutralizuje nasze siarkowe wyziewy.

Pietruszka Petroselinum crispum (Mill.) Fuss. to rzecz jasna przedstawiciel innej rodziny botanicznej – selerowatych (Apiaceae), a o leczniczych właściwościach jej przedstawicieli napiszę innym razem, w innej serii.

 

Renata Bączek-Kwinta

 

 

Napisane przez: Renata Kwinta | Styczeń 28, 2016

Potęga siekania, cz. I. Potęga czosnku

Jedni uwielbiają jego smak i zapach, inni nienawidzą. Zaliczasz się do tych drugich? Jesteś wampirem…? Nie wiesz? To spróbuj czosnku, zwłaszcza w połowie zimy, kiedy odporność twojego organizmu spada i łapiesz infekcje. „Cuchnąca róża”,  jak określali czosnek starożytni Grecy, może ochronić cię nie tylko przed nimi.

 

Chińska nazwa czosnku suan zapisywana jest w postaci jednego znaku, co świadczy o tym, że roślina ta była stosowana na wczesnych etapach chińskiej kultury. Kolebką uprawy czosnku (Allium sativum L. ) jest Azja Środkowo-Wschodnia i basen morza Śródziemnego, gdzie już 5000 lat p.n.e. stosowano czosnek, i cebulę, czyli właściwie… czosnek cebulę – taka jest bowiem poprawna nazwa botaniczna poczciwej cebuli (po łacinie Allium cepa). Sam rodzaj Allium obejmuje ok. 500 gatunków, z czego138 zasiedla Chiny. W Europie rozpowszechnił się poprzez wpływy greckie i rzymskie; w antycznym Rzymie uprawiano go w specjalnych ogrodach – alliatach. Historycy określają go antybiotykiem starożytności.

A słynny zapach… Wiedzę o jego składnikach pozyskaliśmy w XX wieku dzięki nowoczesnym badaniom fitochemicznym. Ząbki, czyli właściwie pąki spichrzowe, zawierają alkilosulfotlenek alliinę oraz enzym alliinazę (strasznie tu dużo el oraz i, ale skoro czosnek to Allium…). Alliina jest pochodną aminokwasu siarkowego – cysteiny. Siarka to ważny składnik i samej cysteiny, i tworzonych z niej substancji, ponieważ bierze udział w procesach unieszkodliwiania różnych związków toksycznych. Pod wpływem allinazy przechodzi w allicynę, której woń stanowi podstawę charakterystycznego zapachu czosnku.

 

Allicin_Biosynthesis

Tak przebiega przekształcenie alliiny w alliinazę. PLP – fosforan pirydoksalu, czyli witamina B6, koenzym alliinazy (i wielu innych enzymów).  Autor: Dap17, https://commons.wikimedia.org/.

 

Roślina stworzyła ten chemiczny system dla obrony przed roślinożercami i mikrobami – gdy nastąpi uszkodzenie komórek, alliinaza rusza do boju. Powstały fitoncyd, allicyna, hamuje rozwój drobnoustrojów: bakterii (w tym gronkowca złocistego czy pałeczki okrężnicy) i grzybów chorobotwórczych. Jako nieustraszeni roślinożercy możemy ją zatem wykorzystać, jako pogromcę mikrobów, dla siebie. Nie zmniejszy naszej naturalnej odporności (co często czynią antybiotyki) i – o ile nie przesadzimy z czosnkiem! – nie zniszczy prawidłowej mikroflory bakteryjnej jelit. To ostatnie jest także bardzo ważne, bo wybicie kolonizujących przewód pokarmowy probiotycznych bakterii z rodzaju m.in. Lactobacillus skutkuje pojawieniem się grzybów z rodzaju Candida, a grzybica to częsty problem po antybiotykoterapii. Nie łudźmy się jednak, że przy zapaleniu oskrzeli i innych poważniejszych zimowych chorobach wystarczy nam czosnek zamiast antybiotyku. Natomiast może zadziałać przy łagodnym przeziębieniu oraz profilaktycznie.

Allicyna jest nietrwała; powstają z niej inne związki, też bardzo ważne. Jednym z nich jest ajoen (C9H14OS3, izomer E) o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwwirusowym. Jeszcze ważniejsze mogą okazać się siarczek diallilu (C6H10S; DAS) i disiarczek diallilu (C6H10S2) i DADS, zwany też garlicyną). DAS i DADS wykazują działanie przeciwnowotworowe, a DADS (wraz z allicyną) obniża także ciśnienie krwi. Są dobrze rozpuszczalne w olejach. Daje się zresztą zauważyć, że czosnek jest wewnątrz nieco tłusty – to właśnie różne związki składające się na olejek czosnkowy.

Substancje czynne czosnku mogą działać przeciwnowotworowo na dwa sposoby, przy czym jest to raczej działanie profilaktyczne, które warto zastosować, ale po ujawnieniu się choroby środki muszą być inne (i czosnek lepiej odstawić). Pierwszy to aktywacja enzymów neutralizujących substancje rakotwórcze (kancerogeny), czyli zapobieganie mutacjom prowadzącym do powstawania guzów nowotworowych. Jednym z takich enzymów jest S-transferaza glutationowa, która podobnie jak cysteina i jej metabolity wykorzystuje siarkę do wychwytywania szkodliwych substancji. Drugi polega na aktywacji programowanej śmierci (apoptozie) komórek nowotworowych. To nie jest łatwe, bo takie zmutowane komórki mają mechanizmy zapobiegające apoptozie. Może jednak do niej doprowadzić aktywacja przez diallile białka zwanego TNF (czynnik martwiczy nowotworów), albo nagromadzenie w komórkach nowotworowych rodników tlenowych i nadtlenku wodoru, czyli tzw. reaktywnych form tlenu. Dochodzi wówczas do stresu oksydacyjnego zapoczątkowującego destrukcję nowotworu.

Pochodne diallilu znajdziemy w świeżo zmiażdżonym lub posiekanym czosnku, ale nie w sprzedawanych w aptekach suplementach diety. Tam, jeśli są to kapsułki z olejkiem czosnkowym, występuje przede wszystkim alliina. Czosnek sproszkowany jest pod względem fitochemicznym mało wartościowy, ponieważ większość związków czynnych ulatnia się po rozdrobnieniu ząbków.

W społeczeństwach, gdzie spożycie czosnku jest duże, notuje się mniej zachorować na raka żołądka, prostaty i piersi niż w społeczeństwach Europy czy Stanów Zjednoczonych. Choć i w jednym tylko kraju europejskim, we Włoszech, stwierdzono, że mieszkańcy północy częściej chorują na raka żołądka, niż na południu tego kraju, gdzie czosnek w kuchni jest bardzo popularny. Warto o tym pamiętać, bo choć nie jest to jedyny czynnik żywieniowy oddziałujący prozdrowotnie, to na pewno jeden z kilkunastu najważniejszych. A zalecana przy przeziębieniach dawka lecznicza świeżego czosnku wynosi 4-5 g dziennie, czyli dwa średniej wielkości ząbki. Nie przesadźmy tylko z ilością!

Czosnek jest niewskazany dla osób z chorobą wrzodową żołądka, zapaleniem nerek i wątroby, dla małych dzieci i kobiet w ciąży, a także dla tych, którzy stosują leki przeciwzakrzepowe. Także osoby nieprzyzwyczajone do czosnku mogą się nabawić poważnych bólów żołądka i wręcz zatrucia, bo ucierpi na tym wątroba (hepatotoksyczność jest wywołana akroleiną powstającą z przekształcenia DAS). I, rzecz jasna, metabolizowane przez nas siarkowe związki zmieniają zapach całego ciała, czym możemy skutecznie odstraszyć każdego, niekoniecznie wampira.

Renata Bączek-Kwinta

 

Napisane przez: Renata Kwinta | Wrzesień 21, 2015

Milin – miły akcent w nie calkiem miłym miejscu

Centrum Krakowa. Wąska jednokierunkowa ulica, wysokie budynki, jeden z nich to nieładny moloch, przy nim tłum aut. Ale tuż obok krzewy. Pnącza. Delikatne, ale solidnie porośnięte liśćmi typu „kocha, lubi, szanuje”. No i te kwiaty!

milin_calosc2

Pamiętacie Amerykankę katalpę? To jej krewniak: milin Campsis radicans. Miłe pnącze, bo kwitnące późnym latem, kiedy inne krzewy JUŻ nie kwitną, a liście JESZCZE się nie przebarwiły. Duże, czerwone kwiaty są bogate w nektar, i jeśli budzą w Was skojarzenia z sięgającymi do wnętrza kolibrami, macie absolutną rację!  Ani tu, przy ulicy Garncarskiej, ani na żadnej innej polskiej ulicy kolibra nie uświadczymy, ale błonkówki – jak widać na przykładzie mrówki i pszczoły –  chętnie odwiedzają barwne kielichy.

milin_mrowamilin-pszczola2

Widoczny na zdjęciu krzaczek ma co najmniej 2-3 lata, bo młodsze okazy kwiatów nie wytwarzają. Pewnie zapytacie – dlaczego? Cóż, z roślinami jest tak jak z ludźmi: muszą osiągnąć określone stadium rozwoju aby wydać potomstwo. W przypadku roślin, musi to być odpowiedni stan rozwoju wegetatywnego – czyli, mówiąc po ludzku – osobniki muszą wyrosnąć odpowiednio silne i odżywione – aby określona proporcja hormonów i składników pokarmowych, niekiedy w połączeniu z długością dnia, wywołała kwitnienie.

milin_kwiaty34a

Milin rośnie szybko i  jest odporny na mróz. Dlatego trudno się dziwić, że polscy ogrodnicy i posiadacze ogrodów polubili tę roślinę, a naukowcy poszukują metod skutecznej produkcji sadzonek. Wytworzyliśmy nawet odmianę, wyselekcjonowaną z krzewów rosnących na warszawskim Ursynowie, co pozwoliło na nadanie „naszemu” milinowi nazwy tego osiedla. Natomiast Amerykanie uważają milin za chwast, niekiedy uporczywy ze względu na rozległy system korzeniowy, z którego odrastają młode rośliny. Cóż, że kwiaty, cóż, że przyciąga kolibry, skoro wszędzie go pełno i włazi na pole. Rondupem go i już. Jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A może w tym przypadku siania i sadzenia?

Jak uprawiać milin? Porady np. tu.

Renata Bączek-Kwinta 

Napisane przez: Renata Kwinta | Wrzesień 16, 2015

Rolnik wiedział, nie powiedział, kto posiał ten mak

Cyklicznie organizowana krakowska konferencja Plant Functioning under Environmental Stress należy do moich ulubionych. I wcale nie dlatego, że nie muszę się ruszać poza rodzimy gród Kraka, ale dlatego, że to wydarzenie zawsze gromadzi spore grono naukowców z różnych kontynentów, a tematyka wykładów i plakatów jest bardzo, bardzo obszerna. Omawiane są zatem rzeczy tak skomplikowane jak rola czynników transkrypcyjnych określonego typu w stresie suszy czy zastosowanie parametru X fluorescencji chlorofilu a w ocenie kondycji aparatu fotosyntetycznego podczas mrozu, ale jest też coś dla zwykłych ludzi. A zatem Czytelniku niebiologu przestraszony wcześniejszym żargonem, nie odchodź od komputera! Kolego po fachu, jeśli ostatnie zdanie Cię zniechęciło, nie zamykaj jeszcze tej strony! Może bez czynników transkrypcyjnych, ale będzie fachowo, tak jak fachowo działa… krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych.

Nie jest tajemnicą, że mak zawiera morfinę, alkaloid o silnym działaniu przeciwbólowym, ale i narkotycznym, co opisywano w wielu miejscach, więc nie będę się tym zajmować. Mak jest bardzo popularny w naszej kuchni, i chyba nie ma takiego domu, w którym nie jadałoby się ani jednej potrawy z makiem – bo jeśli nie robimy makowca ani kutii, to przecież kupujemy pieczywo, czasem posypane czarnymi nasionkami o charakterystycznym smaku i zapachu. I właśnie zamiłowanie do degustacji makowych wypieków rok temu wywołało burzę medialną, kiedy to u kilku osób po zjedzeniu drożdżówek z makiem pochodzących z jednej z krakowskich sieci piekarniczych stwierdzono podwyższoną zawartość morfiny w moczu (http://www.tvp.info/17476301/drozdzowki-z-wysokomorfinowym-makiem-w-krakowie-kilka-osob-w-szpitalu). Było to niezwykłe, bowiem mak zawierający morfinę uprawia się tylko na potrzeby rynku farmaceutycznego, a do celów spożywczych wyhodowaliśmy (my Polacy!) odmiany niskomorfinowe o miłych nazwach Agat, Michałko, Mieszko, Rubin i Zambo. Trudno się zatem dziwić, że sprawą zainteresowali się naukowcy. Nie amerykańscy, nasi.

Ilość morfiny została zbadana chromatografem cieczowym sprzężonym ze spektrometrem mas (LC-MS) w masie makowej stosowanej do wypieków, drożdżówkach z makowym wypełnieniem i samych suchych nasionach. Ten ostatni produkt pochodził z Węgier i Czech. Teoretycznie nasiona nie powinny zawierać morfiny, chyba że maki przed zbiorem były zaatakowane przez szkodniki, bo rośliny wytwarzają wówczas więcej alkaloidów jako substancje obronne [Dusemund i in. 2010]. W dodatku podczas obróbki cieplnej ilość alkaloidów powinna się zmniejszać, tymczasem w drożdżówkach z makiem stwierdzono obecność morfiny na poziomie 25-29 mg na kilogram produktu, czyli raczej dużo, choć na pewno nie tak dużo, aby wywołać narkotyczne efekty, a gdyby komuś na nich zależało, nie byłby w stanie zjeść odpowiednio dużo tych ciastek z powodu mdłości. Porażające było natomiast porównanie zawartości morfiny w partiach maku spożywczego pochodzącego z Węgier: 14-26 mg/kg i Czech: 145-310 mg/kg.

Dlaczego tak dużo morfiny w czeskim maku? Masa szkodników czy zła kultura rolna, na które powołuje się zespół Birgit Dusemund w opracowaniu przygotowanym dla niemieckiego ministerstwa rolnictwa? Brak nadzoru nad uprawami (u nas tak intensywnie kontrolowanymi), co mogło poskutkować przekrzyżowaniem z makiem wysokomorfinowym? Jestem też ciekawa dlaczego nie przebadano polskich partii maku, skoro to w naszym kraju wyhodowano te pięć odmian? Jeśli czegoś się dowiem na ten temat, obiecuję Wam przekazać. Tymczasem przez tę makową tematykę poczułam wielką chęć na jakiś smakołyk z aromatycznymi czarnymi nasionkami, bo nie ma dla mnie lepszych wypieków od tych z makiem. Co wybrać, klasyczny makowiec, makowe ciastko drożdżowe, półfrancuskie, a może ciasto „pijak”? Oblane czekoladą litewskie serowe batoniki z makiem zjadłam w weekend. Zaraz… litewskie… Koledzy z forensics, czy z naukowej ciekawości moglibyście przebadać także litewski mak?

Korzystałam z doniesienia naukowego: Gil D., Lechowicz W., Grzesiak M.T. Causes and effects of high levels of morphine in food products. 10th International Conference Plant Functioning under Environmental Stress. September 16-19, 2015, Cracow, Poland

Cytowałam: Dusemund B, Appel K-E, Lampen A. 2010. BfR risk assessment of alkaloids as ingredients and contaminants of food: Quinine, opium alkaloids, and senecio pyrrolizidine alkaloids. W: Risk Assessment of Phytochemicals in Food. Ed DFG Senate commission on Food safety (SKLM). Wiley-VCH Verlag GmbH & Co. KGaA, Weinheim, 382-390.

Zachęcam do zapoznania się z przykładami występowania maku w polskiej kulturze:

Architektura: http://www.wilanow-palac.pl/mak_lekarski.html

Przysłowia: https://pl.wiktionary.org/wiki/Aneks:Przys%C5%82owia_polskie_-_mak

Renata Bączek-Kwinta

makowe_specjaly

Napisane przez: Renata Kwinta | Sierpień 3, 2015

Energia czerwonych pomidorów

Zielone pomidory podobno dobre są smażone, jak wynika z powieści amerykańskiej aktorki i pisarki Fannie Flag, oraz filmu pod tym samym tytułem, nakręconego w oparciu o tę powieść. Ja pomidory wolę dojrzale, pachnące i świeże – samo zdrowie i wspaniałe doznanie kulinarne. W zasadzie tyle można by powiedzieć o tych, zaliczanych do warzyw, owocach. Wewnętrzne życie pomidora warte jest jednak wzmianki, bo kto wie, co w pomidorze piszczy?

Przemiana zielonych pomidorów w czerwone, czyli ich dojrzewanie,  to genetycznie zaprogramowany proces. Prowadzące fotosyntezę chloroplasty przekształcają się wówczas w nieaktywne fotosyntetycznie chromoplasty. W nich gromadzą się karotenoidy o różnych barwach. Dzięki temu mamy do wyboru pomidory od malinowo zabarwionych, poprzez klasycznie „pomidorowe”, do żółtych. Odmian pomidorów jest wiele, łącznie z najmodniejszymi ostatnio czarnymi, które zawierają antocyjany, barwniki występujące np. w  borówkach. Są zachwalane jako jeszcze bardziej służące zdrowiu od klasycznych. Kilka lat temu wyhodowano też pomidory pachnące bazylią, bo przecież takie połączenie smakowo-zapachowe jest jednym z  kanonicznych.

Dość jednak o jedzeniu! Zaglądnijmy do chromoplastów – tętnią życiem produkując energię w postaci związku chemicznego o skrócie ATP (adenozynotrifosforanu). Zaraz, zaraz – powie mi każdy maturzysta, który uzyskał więcej niż 30 punktów na  egzaminie końcowym – a mitochondria? Święta racja, to mitochondria są komórkowymi elektrowniami, wykorzystują bowiem przepływ elektronów – a zatem prąd  – do syntezy ATP. Sęk w tym, że w dojrzewających pomidorach liczba mitochondriów maleje, a konsumpcja tlenu jest znaczna. A wszelkie procesy związane z dojrzewaniem owoców (nawet jeśli te owoce są warzywami) są szczególnie interesujące dla naukowców (ileż rzeczy można zbadać!) i producentów żywności (bo produkty nie mogą się zbyt szybko psuć).

Zastosowanie nowoczesnych metod mikroskopowych pozwoliło zajrzeć do wnętrza smakowitych tkanek, a użycie technik biochemicznych umożliwiających badanie procesów oddychania komórkowego ujawniło, że chromoplasty, podobnie jak mitochondria, wykorzystują przepływ elektronów do tworzenia ATP. Proces ten, nazwany chromorespiracją,  jest zapewne częściowo podobny do tego, który dzieje się w mitochondriach, ale kluczowy chromoplastowy enzym w mitochondriach nie występuje. To plastydowa oksydaza terminalna (PTOX), znana naukowcom z udziału w fazie jasnej fotosyntezy (gdy przyszłe chromoplasty są jeszcze chloroplastami) i w syntezie karotenoidów (bo przecież ich akumulacja to główna rola chromoplastów). Po raz kolejny okazuje się zatem, że natura stosuje te same narzędzia do różnych procesów.

Spróbujmy jednak wyjaśnić dlaczego tak się dzieje. Kiedy chloroplasty przestają fotosyntetyzować, spada liczba mitochondriów, gdyż te dwa typy organelli wymieniają między sobą różne metabolity. Energia w postaci ATP jest jednak potrzebna do różnych procesów, które zachodzą w tkankach pomidora, także do syntezy karotenoidów i innych związków, również ochronnych, bo dojrzewający owoc  jest atrakcyjny dla bakterii, patogenicznych grzybów i roślinożerców. Dlaczego zatem nie wykorzystać istniejącego już enzymu PTOX w nowej chromoplastowej elektrowni?

Pomidory są nieodłącznym elementem kuchni śródziemnomorskiej, dlatego nie dziwi fakt, że zagadnieniami produkcji energii w tych owocach/warzywach zajęli się Hiszpanie. A ja liczę na to, że nad złożonością natury zastanowią się – czy to nad gazpacho, czy sałatką caprese – wszyscy miłośnicy dobrego, zdrowego jedzenia i elastycznych rozwiązań technicznych. Zatem dedykuję ten tekst przede wszystkim decydentom mającym zapewnić nam stabilność energetyczną, bo właśnie ze względu na ich opieszałość czy też brak kompetencji w sierpniu 2015 roku byliśmy o krok od energetycznego kryzysu.

Warto zajrzeć:

Artykuł opisujący badania nad energią pomidorów: http://www.plantphysiol.org/content/166/2/920.full.pdf+html (po angielsku)

O enzymie PTOX: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plastydowa_oksydaza_ko%C5%84cowa

Renata Bączek-Kwinta

Solanum_lycopersicum_1Jedząc sałatkę z pomidorów nie mamy pojęcia o inżynierii procesowej wewnątrz tych owoców/warzyw. Zdjęcie: Petar43, Wikipedia. Autor jest oczywiście Włochem. Kto bardziej od mieszkańców basenu Morza śródziemnego docenia pomidory w kuchni i jako obiekt badań naukowych??

Napisane przez: Renata Kwinta | Luty 13, 2015

Lutowe oczarowanie

Obok „choinki” (vide poprzedni wpis) warto posadzić w ogrodzie krzew, który w pełni zimy oczaruje nas żywo ubarwionymi kwiatami – oczar omszony Hamamelis mollis.

Luty to okropny miesiąc. Wietrzny; wrażenie zimna jest silniejsze niż w innych miesiącach roku. Wesoły okres bożonarodzeniowy już dawno za nami, a do wiosny daleko. Na szczęście kwitnąca leszczyna pozwala uznać ten czas za przedwiośnie, a w ogródkach śnieżyczka przebiśnieg, zgodnie z nazwą, nic sobie nie robi z zalegającego śniegu, pyszniąc się białymi kwiatami. Ale pochodzący z Chin oczar przebija zarówno leszczynowe kotki jak i urocze przebiśniegi barwą i obfitością kwiatów:

oczar1

Kwiaty pojawiają się na osobnikach co najmniej dwuletnich. Młode krzewy są wrażliwe na mróz i należy je okrywać na zimę, ale starsze hartują się, mogą wytrzymać nawet -20°C, a kwitnienie zaczynają już w styczniu, co wspaniale kontrastuje ze śniegiem i przypomina, że wiosna jednak kiedyś nadejdzie.

oczar3

Oczar omszony należy do rodziny skalnicowatych Saxifragaceae, która w naszym kraju ma reprezentantów w postaci skalnic (już sama nazwa wskazuje, że to też wytrzymałe na trudne warunki rośliny) i uroczej, drobniutkiej śledziennicy skrętolistnej Chrysosplenium alternifolium L. Sam jest dość okazałym krzewem lub drzewem osiągającym wysokość nawet 8 m. Krzewy różnych odmian można kupić w różnych szkółkach i sieciach sklepów ogrodniczych. Uprawa jest raczej łatwa, trzeba tylko wiedzieć, że przycinanie i wapń w glebie szkodzą oczarowi, i że podczas letnich okresów suszy trzeba go podlewać.

Liście pojawią się po zakończeniu przez roślinę kwitnienia. Przypominają liście leszczyny, stąd nazwa witch hazel (leszczyna czarownicy). Liście i kora mają zastosowanie lecznicze, co wraz z niezwykłą porą kwitnienia zapewne przyczyniło się do przypisania oczarowi tajemnych mocy. Ciekawe są też owoce, po wyschnięciu strzelające nasionami, co mam nadzieję obejrzeć, skoro już namierzyłam tę niezwykłą roślinę. Generalnie nie lubię obcych gatunków ze względu na ich potencjalną inwazyjność, ale oczar omszony inwazyjny nie jest, a patrzenie na jego kwiaty skutecznie wspomaga walkę z zimową depresją.

Renata Bączek-Kwinta

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 47 obserwujących.